|
Humanistyka gdańska z krótką tradycją Filmy o Bądkowskim i Cegielskiej Film o charyzmatycznej prezydent Gdyni
Franciszce Cegielskiej Gdynia doczekałą się filmu o
swojej pani prezydent.
Szczurek poruszony filmem o Cegielskiej Dwie recenzje nowej powieści Pawła Huellego
Henryka
Dobosz
Maryla
Mrozińska
Gdańska
dziennikarka i publicystka, Henryka Dobosz, reżyseruje filmy ...
Paweł
Huelle |
Serwis Pomorski Kultura
Henryk Galus
Humanistyka gdańska z krótką tradycją
[30.12.2006] Tradycje
gdańskiej humanistyki – dokładnie taki temat miała konferencja, która w
dniach 4 i 5 grudnia 2006 r. obradowała na Wydziale Filologiczno-Historycznym
Uniwersytetu Gdańskiego i w Bibliotece Gdańskiej PAN. Program konferencji
zawierał łącznie 27 referatów dotyczących
kilkunastu dyscyplin humanistyki! Na
stronie internetowej Uniwersytetu Gdańskiego można było przeczytać krótkie
wyjaśnienie intencji organizatorów konferencji: Konferencja naukowa „Tradycje gdańskiej humanistyki” została
zorganizowana przez Wydział Filologiczno-Historyczny Uniwersytetu Gdańskiego
oraz Instytut Kaszubski z okazji 60-lecia gdańskiej humanistyki.
Przygotowane przez gdańskie środowisko naukowe referaty i wykłady
przypominać będą powojenne dokonania gdańskich humanistów - mistrzów –
twórców gdańskiej humanistyki w okresie powojennym, a także będą próbą
określenia najistotniejszych problemów badawczych na przyszłość. Szczególną
intencją organizatorów jest pogłębienie współpracy i dialogu między
różnymi dziedzinami humanistyki, z myślą o dobitniejszym
podkreśleniu obecności gdańskiej humanistyki w otaczającym świecie, nie
tylko nauki. Konferencja
została więc pomyślana jako impreza okolicznościowa, związana z 60-leciem
gdańskiej humanistyki powojennej. Minęło bowiem 60 lat od powstania w Gdańsku
w 1946 r. Wyższej Szkoły Pedagogicznej z Wydziałem Humanistycznym. Jego
kontynuacją był Wydział Humanistyczny utworzonego w 1970 r. Uniwersytetu
Gdańskiego. Wydział ten w 1990 r. został podzielony na dwa: Wydział
Filologiczno-Historyczny i Wydział Nauk Społecznych. Konferencja miała więc zaprezentować
dorobek gdańskich humanistów w obu uczelniach. W
programie konferencji przewidziano jednak tylko czas na przedstawienie streszczeń lub fragmentów referatów, co
oczywiście nie dawało wystarczających podstaw do merytorycznej dyskusji.
Konferencja przybrała więc jakby charakter konsultacji autorów referatów z
organizatorami konferencji przed przygotowaniem do druku okolicznościowego
wydawnictwa. Nic przeto dziwnego, że frekwencja nie wykroczyła zbytnio poza
krąg autorów referatów. Być może więcej osób zainteresuje się dopiero pełną
wersją opracowań w stosownym
wydawnictwie. Ale
temat konferencji został sformułowany w sposób merytorycznie dość
zobowiązujący. Chodzi bowiem o tradycje gdańskiej humanistyki w powojennym
60-leciu, a więc o wskazanie tych jej treści i wartości, które można uznawać
za cenne i ważne. Zasługują więc przynajmniej na pamięć o nich i ich
twórcach, o traktowanie ich jako istotnego
elementu procesu tworzenia wiedzy naukowej, czy nawet o nawiązywanie
do nich, o aktualizację ich znaczenia, o ich kontynuację i rozwijanie. Nie
należy natomiast przypisywać szczególnego znaczenia pojęciu gdańska
humanistyka, bo to może to prowadzić do mistyfikacji problemu. Pozostańmy więc przy prostym rozumieniu, że
to określenie oznacza tylko miejsce uprawienia humanistyki i krąg czyniących
to osób żyjących w Gdańsku i związanych z tym miastem oraz możliwość kontaktu
poznawczego ze zbiorowością społeczną regionu. Poszukiwanie jakichś
specyficznych odrębności humanistyki gdańskiej i wiązanie ich z właściwościami społecznymi
Gdańska i regionu, czy z cechami intelektualnymi czynnych tu humanistów musi
podlegać racjonalnym rygorom. Oczywiście
zaliczanie dokonań poznawczych do tradycji poszczególnych dziedzin
humanistyki należy przede wszystkim do gremiów ich specjalistów na podstawie
przeprowadzanej publicznie analizy i krytyki naukowej. Jednak rozwój różnych
dziedzin humanistyki badają także historycy nauki i naukoznawcy. Są też w
pewnej mierze zobiektywizowane i wiarygodne kryteria wartościowania wiedzy i
literatury humanistycznej. Chodzi o ich obecność w szerokim obiegu, w
programach studiów i podręcznikach akademickich, w dostępnych wydawnictwach. Istotna jest rola historyków nauki. Zajmują
się oni nie tylko strukturalnym rozwojem nauki, lecz także społecznym
kontekstem powstawania wiedzy naukowej. A więc instytucjami naukowymi i
edukacyjnymi, etyką ludzi nauki, organizacjami uczonych i pracowników nauki,
ich relacjami ze sferą państwa i polityki, zakresem wolności nauki i
autonomii instytucji naukowych, ingerencją
struktur politycznych w życie naukowe. W Uniwersytecie Gdańskim
brakuje jeszcze kręgu historyków nauki. Na
podstawie wysłuchania streszczeń lub
fragmentów referatów o tradycjach gdańskiej humanistyki w powojennym
60-leciu, wygłoszonych w dniach 4 i 5 grudnia 2006 r. trudno dokonywać uogólnień. W wypowiedziach
na konferencji nierzadko brakowało
merytorycznych analiz i uzasadnień. Niekiedy ograniczano się niemal do
zestawienia bibliografii prac i biografii naukowych ich autorów oraz krótkich
komentarzy. Z reguły pomijano społeczny i polityczny kontekst rozwoju
poszczególnych dyscyplin humanistyki w WSP i UG, zwłaszcza w dobie PRL, gdy w
obrębie uczelni działały struktury partyjne.
Nie wiadomo czy kwestie te znajdą się w pełnych tekstach referatów w
zapowiedzianym wydawnictwie. Na
zakończenie tych uwag trzeba jeszcze przypomnieć, że Gdańsk niestety nie
znalazł się wśród miast, które bezpośrednio po wojnie uzyskały uniwersytety,
jak Lublin, Łódź, Toruń i Wrocław, gdzie napłynęła kadra naukowa z dwóch
uniwersytetów polskich zlikwidowanych we Lwowie i w Wilnie wskutek objęcia
Kresów Wschodnich przez Związek Radziecki. W tym samym czasie w Gdańsku
powstała tylko Wyższa Szkoła Pedagogiczna, która do 1954 r. prowadziła
niepełne studia wyższe. O stopniu opóźnienia gdańskiej WSP w osiąganiu
standardu uniwersyteckiego świadczy fakt, że dopiero w 1961 r. na wydziale
humanistycznym tej uczelni wydano dwa pierwsze dyplomy doktorskie, jeden socjologii
wychowania a drugi z historii. Bez wsparcia gdańskiej WSP, w tym również jej
fakultetu humanistycznego, przez naukowców z uniwersytetów w Toruniu,
Poznaniu i Warszawie, powstanie UG w 1970 r. byłoby raczej niemożliwe. Do
końca istnienia WSP były prowadzone tylko cztery kierunki studiów
humanistycznych: historia, filologia polska i filologia rosyjska oraz
pedagogika. W UG w latach 70-tych
doszły jeszcze anglistyka i skandynawistyka oraz psychologia, pod
koniec lat 80-tych – filologia klasyczna, germanistyka i politologia, a w
1992 r. socjologia , w 1998 r. filozofia,
w 1997 r. filologia romańska i w 1998
r slawistyka. Nie ma zatem przesady w stwierdzeniu, że gdańska humanistyka ma
stosunkowo krótką i niezbyt bogatą tradycję. Trudna
droga rozwoju humanistyki w WSP i UG warta jest głębokiej analizy. Wnioski z
niej mogą okazać się przydatne do sformułowania programu odrobienia
zapóźnień, co wymaga także eliminowania wpływu partykularnych środowisk na
struktury uczelni. Humanistyka w UG jako uczelni państwowej, finansowanej ze
środków publicznych, ma szczególne powinności poznawcze i edukacyjne wobec
całego społeczeństwa. Musi też sprostać rozwijającej się konkurencji ze strony niepublicznych
uczelni i instytucji naukowym o profilu humanistycznym. Referaty: Roman Wapiński: Gdańska humanistyka a Uniwersytet Gdański Lech Czerniak: Archeologia gdańska Jacek Friedrich: Historia sztuki – zabytkoznawstwo Janusz
Sibora: Archiwa i archiwistyka gdańska Błażej
Śliwiński: Gdańska mediewistyka Józef
Arno Włodarski: Historiografia okresu nowożytnego Józef
Borzyszkowski: Historiografia XIX wieku Tadeusz
Stegner: Historiografia XX wieku Jolanta
Maćkiewicz: Gdański ośrodek językoznawczy – językoznawstwo polonistyczne Jerzy
Treder: Dzieje gdańskiej kaszubistyki Edward
Breza: Gdańskie badania onomastyki pomorskiej Hieronim
Chojnacki: Dorobek skandynawistyki gdańskiej Marcelina
Grabska: Gdańska slawistyka Marian
Szczodrowski: Gdańskie neofilologie: geneza – stan – perspektywy Izabela
Bogumił: Dzieje i dorobek Katedry Filologii Klasycznej Jadwiga
Kotarska, Edmund Kotarski: Badania nad literaturą polską epok dawnych Józef
Bachórz: Dorobek historyków literatury: literatura XIX wieku Małgorzata
Czermińska: Badania nad literaturą XX wieku i najnowszą Jan
Ciechowicz: Gdańskie badania nad teatrem Anna
Kwaśniewska: Badania etnograficzne w ośrodku gdańskim Cezary
Obracht-Prondzyński: Gdańskie środowisko socjologiczne Sabina
Kruszyńska: Filozofia w Gdańsku – sytuacja przed i po 1989 roku Romuald
Grzybowski: Pedagogika i historia wychowania w Gdańsku po 1945 roku
Andrzej
Chodubski: Specyfika rozwoju politologii w Gdańsku Violetta
Kostka: Dorobek muzykologów i teoretyków muzyki Maria
Pelczar: Biblioteka – odbiciem kulturalnych zainteresowań gdańszczan Lucyna
Nyka, Jakub Szczepański: Wizje miasta na tle przemian urbanistycznych Gdańska
Kierownictwo naukowe konferencji sprawowali: Józef
Borzyszkowski i Cezary
Obracht-Prondzyński Filmy
o Bądkowskim i Cegielskiej
[12.2.2007] Zaprezentowany
w 2005 roku film Henryki Dobosz o Lechu Bądkowskim wzbudził duże
zainteresowanie. Na pokazie przepremierowym sala kina Kameralnego w Gdańsku
była wypełniona po brzegi. A działo się to na kanwie 25 – lecia podpisania
Porozumień Sierpniowych i powstania „Solidarności”, którą bohater filmu,
pisarz i publicysta, współtworzył. Film ten pt. „Kryptonim Inspirator” , którego
producentem jest firma Marii Mrozińskiej „Promedia”, poprzedziła książka Pawła Zbierskiego pt. „Na własny
rachunek. Rzecz o Lechu Bądkowskim”. Teraz Henryka
Dobosz w tej samej firmie kończy pracę nad filmem o również ciekawej postaci
pomorskiej, zmarłej kilka lat temu Franciszce Cegielskiej, która była działaczką
„Solidarności” i samorządu regionalnego, prezydentem Gdyni i ministrem
zdrowia w rządzie Jerzego Buzka. Film Henryki
Dobosz o Lechu Bądkowskim wykracza poza sugerowany w tytule zakres
prezentacji postaci, ujęty w słowach „Kryptonim Inspirator”. W istocie rzeczy
jest to film dokumentalny o całej biografii Bądkowskiego, a nie tylko o jego
działalności opozycyjnej, odnotowanej
pod kryptonimem w teczkach służby bezpieczeństwa. Film został zaś
oparty głównie na świadectwie osób z kręgu rodzinnego i środowiskowego. Stało
się to zaletą, ale i wadą. Oprócz bowiem wypowiedzi osób bliskich
przedstawianej postaci, zabrakło opinii obserwatorów z dystansu, traktujących
postać analitycznie. Bardziej
wyraziście została zarysowana w filmie rola Bądkowskiego jako obywatela i
społecznika, niż jako publicysty i pisarza. W filmie bowiem zaakcentowano
przede wszystkim epizod żołnierski Bądkowskiego jako uczestnika wojny
obronnej w 1939 r. i pełniącego służbę w polskich siłach zbrojnych we Francji
i Anglii. W powojennej zaś drodze życiowej tego toruńczyka i gdańszczanina na
pierwszym planie znalazły się jego troski o region pomorski i kaszubską
kulturę regionalną oraz o stan państwa i społeczeństwa polskiego. W tej
sferze swej aktywności Bądkowski przebył drogę od zaznaczonego tylko w filmie
i książce Zbierskiego kompromisu wobec panującego systemu w pierwszej połowie
lat 50. do późniejszej kontestacji i opozycji, której zwieńczeniem był jego,
silnie podkreślony w filmie, znaczący udział w przełomowych wydarzeniach w
Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 r. i w powstaniu „Solidarności”, której był
pierwszym rzecznikiem prasowym. Przywołany w
filmie fragment wypowiedzi Bądkowskiego w negocjacjach MKS z komisją rządową, dotyczył – jak
wiadomo – jednej z kluczowych kwestii politycznych, a mianowicie zapewnienia
społeczeństwu warunków do korzystania z praw obywatelskich, w tym
ograniczenia i uregulowania cenzury. Ale Bądkowski wybił akcenty w innych
zakresach działań „Solidarności”, czego film wyraziście nie pokazał. Chodzi o
racjonalność poczynań tego ruchu, umiarkowanie w dążeniach, rozwagę i
odpowiedzialność, co wykazywał Bądkowski zwłaszcza w swej publicystyce na
łamach redagowanego przezeń czasopisma „Samorządność”. Wreszcie Bądkowski
zaszczepiał w „Solidarności” idee samorządności regionalnej, domagając się
nadania temu ruchowi społeczno-zawodowemu struktury regionalnej, a nie scentralizowanej i tylko
branżowej. Zarządy regionalne zaważyły na sile i wpływach „Solidarności” w
całym kraju. Wcześniej
Bądkowskiego idee regionalizmu
bynajmniej nie ograniczały się do ruchu kaszubskiego. Koncypował
samorządność w dużych regionach polskich, w tym w regionie Pomorza, którego
był patriotą. Pamiętam, jak w kontaktach ze mną interesował się prowadzoną
przeze mnie w latach 1969-1970 akcją prasową
na rzecz kreowania Uniwersytetu Gdańskiego. I w filmie
Dobosz, i w książce Zbierskiego twórczość literacka Bądkowskiego pozostaje na
drugim planie. Poświadczają oni w ten sposób opinie z kręgu krytyki
literackiej, że pisarstwo literackie nie było pierwszym powołaniem
Bądkowskiego, lecz raczej polityka. Gdy nie mógł otwarcie zajmować się
polityką, oddawał się jej w sferze literackiej, zwłaszcza w pisarstwie
historycznym i publicystyce o tematyce historyczno-regionalnej. (H.G.) Film o charyzmatycznej prezydent Gdyni Franciszce Cegielskiej
[22.3.2007] W
artykule pod takim tytułem Katarzyna Fryc zrelacjonowała w „Gazecie Wyborczej
Trójmiasto” (numer z 22.3.2007 r.) rozmowę z Henryką Dobosz, reżyserem filmu
o prezydent Gdyni, Franciszce Cegielskiej: -
Była politykiem niestereotypowym, na tamte czasy rewolucyjnym. Dziś politycy
próbują zachowywać się tak jak Ona, stosując sztuczki socjotechniczne - mówi
o Franciszce Cegielskiej Henryka Dobosz, reżyser dokumentalnego filmu
"Franka". - Ale bardziej od polityki interesowała mnie jej
osobowość i wewnętrzne światło, które innym dodawało skrzydeł. Decyzję
o nakręceniu dokumentu o Cegielskiej podjęła po śmierci Cegielskiej w 2000 r.
- Wtedy myślałam głównie o dramacie wpisanym w tę postać - opowiada Henryka
Dobosz, która ukończyła pracę nad filmem dokumentalnym pt.
"Franka". - Cegielska interesuje mnie przede wszystkim jako
człowiek. Polityka oczywiście też, ale tylko jako tło. Drugim bohaterem filmu
uczyniłam miasto, starałam się wyłowić związek jej osobowości z Gdynią. To
dwie gwiazdy, które zeszły się ze sobą we właściwym momencie.Henryka Dobosz,
która ma na koncie dokumenty m.in. o Lechu Bądkowskim i Izaaku Singerze, z
byłą prezydent Gdyni zetknęła się zaledwie kilka razy, nie znała jej bliżej.
- Ale czułam, że ma w sobie charyzmę i wewnętrzne światło, które innym dodaje
skrzydeł. 55-minutowy
film jest balladą o niezwykłej kobiecie i jej mieście. Zobaczymy w nim
Cegielską we wspomnieniach jej najbliższych, przyjaciół i współpracowników.
Henryka Dobosz rozmawiała m.in. z Jerzym Buzkiem (Cegielska była ministrem
zdrowia w jego gabinecie), Maciejem Płażyńskim (ówczesnym wojewodą) i
najbliższymi współpracownikami: obecnym prezydentem Gdyni Wojciechem
Szczurkiem (wówczas przewodniczącym Rady Miasta), Anną Stopką (byłym
sekretarzem miasta), Jerzym Zającem (przyjacielem Cegielskiej, dziś
dyrektorem gdyńskiego magistratu) i Joanną Grajter, która od czasów
Cegielskiej jest rzecznikiem UM Gdyni. Zobaczymy także legendarną Frankę jako
dziecko, dziewczynę, dojrzałą kobietę - o jej życiu prywatnym opowiadają
siostry i mąż Jacek. Henryka
Dobosz jest nie tylko reżyserem, także autorką scenariusza. Autorem zdjęć
jest Przemysław Reichel, montaż zrealizowała Irena Siedlar, a producentem
jest Maryla Mrozińska reprezentująca "Promedia". Oprawę muzyczną
zdominowały jazzowe ballady w interpretacji gdyńskiego saksofonisty Przemka
Dyakowskiego. Gdynianie mogą
obejrzeć film "Franka" w środę 28 marca o godz. 18 w gdyńskim kinie
Silver Screen, kiedy planowana jest jego uroczysta premiera. Kiedy zostanie
pokazany w telewizji, nie wiadomo. – Jak tylko umówię się w Warszawie z szefową
redakcji w tej sprawie, to zostaje odwołana - mówi Maryla Mrozińska. Problemy z
ustaleniem terminu emisji to nie jedyne trudności, które twórcy filmu
napotkali w TVP. Kiedy zwrócili się do gdańskiego oddziału TVP o
udostępnienie archiwalnych materiałów o Cegielskiej, telewizja odmówiła. -
Mamy w planach realizację własnego filmu o Franciszce Cegielskiej. W tej
sytuacji produkcja Maryli Mrozińskiej jest dla nas konkurencją. Nie mamy
obowiązku udostępniać materiałów wszystkim chętnym - tłumaczy Joanna
Strzemieczna, dyrektor gdańskiego oddziału TVP. W tej sytuacji realizatorzy
oparli się na archiwaliach centrali TVP w Warszawie i lokalnych firm
producenckich. Na premierę
filmu w Silver Screen obowiązują zaproszenia. Można je otrzymać w sali Muzeum
Miasta Gdyni (na parterze Gemini) w godz.11-18. (oprócz poniedziałku).
Kolejne trzy projekcje (30 i 31 marca oraz 1 kwietnia o godz.18) zaplanowano
w Klubie Filmowym (ul. Waszyngtona 1). Zaproszenia na te seanse do odbioru w
Gemini. Szczurek poruszony
filmem o Cegielskiej
[28.03.2007] W środę, 28 marca w gdyńskim centrum Gemini odbyła się uroczysta
premiera filmu "Franka", dokumentu o Franciszce Cegielskiej,
nieżyjącej od kilku lat byłej prezydent Gdyni. Prawie
godzinny telewizyjny film dokumentalny "Franka" miał uroczystą premierę
w środę wieczorem w największej sali kinowej gdyńskiego centrum Gemini.
Liczące ponad 500 miejsc pomieszczenie niemal pękało w szwach. O zaproszenia
do ostatniej chwili przed projekcją toczyły się prawdziwe walki - jeśli tylko
ktoś przyznał się, że z jakiegoś powodu nie będzie mógł się pojawić na
pokazie, na jego miejsce znajdowało się natychmiast kilkoro chętnych. Na sali
zasiedli współpracownicy, a czasem jednocześnie przyjaciele bohaterki filmu
albo ci, którzy ją znali i podziwiali przez lata jej aktywnej pracy na arenie
lokalnej i ogólnokrajowej. A to jeszcze nie wszystko. Gdyński
Urząd Miejski zaplanował na najbliższy weekend trzy otwarte pokazy tego
dokumentu w Klubie Filmowym. Bezpłatne wejściówki rozeszły się niemal
natychmiast. Zdecydowano więc o pokazaniu filmu na trzech dodatkowych
projekcjach w tych samych dniach. Na nie również nie ma już miejsc. W sumie
film obejrzy ponad tysiąc osób. "Franka" będzie także
pokazana w telewizji, ale wciąż trwają ustalenia dotyczące daty emisji.
Autorki: Henryka Dobosz (scenarzystka i reżyserka) i producentka Maryla
Mrozińska rozmawiały z wieloma osobami, które z Ciegielską współpracowały
albo znały ją na stopie prywatnej. W filmie wypowiadają się m.in. Jerzy Buzek
czy Wojciech Szczurek, oprawę muzyczną przygotował gdyński jazzman Przemek
Dyakowski. - To wzruszający film - opowiada Joanna Grajter, rzecznik prasowy
gdyńskiego Urzędu Miejskiego, która pracowała na tym stanowisku jeszcze pod
rządami Franciszki Cegielskiej. - Dla tych, którzy znali Frankę tylko od
strony jej wizerunku publicznego, prawdziwym odkryciem będzie fakt, że w
życiu prywatnym była to bardzo ciepła i delikatna osoba. Film pokazuje także
przy okazji współczesną historię miasta, historię, której Cegielska była
częścią, a zarazem siłą napędową. Wojciech Szczurek prezydent Gdyni Właśnie wyszedłem z premierowej
projekcji filmu. Jestem poruszony, jak każdy chyba na tej sali. To piękna pod
względem artystycznym opowieść o barwnej osobowości Franciszki Cegielskiej.
To był trudny temat, ale film został moim zdaniem znakomicie zrealizowany i w
zupełności spełnił wysokie oczekiwania, które z nim wiązano. Długa owacja na
stojąco nie była tylko pustą kurtuazją. Bardzo cieszy mnie to niezwykle
ciepłe przyjęcie filmu. Siedząc na sali czułem, że każdy z nas, którzy znali
jego bohaterkę, aż się pali, żeby coś dodać, żeby dopowiedzieć o niej coś od
siebie. Wywołanie takiego efektu to niewątpliwa zasługa realizatorów filmu. Przemek Dyakowski Franciszka Cegielska była zarówno dla
mnie, jak i dla całego gdyńskiego środowiska jazzowego osobą szczególnie
bliską. Nie będzie żadną przesadą stwierdzenie, że to właśnie dzięki niej
miasto zaczęło rozbrzmiewać jazzem. Była siłą sprawczą i podporą wielu
inicjatyw związanych z tą muzyką. Gdyby nie ona, nie zaistniałoby wiele
klubów czy festiwali jazzowych. Sama lubiła słuchać tej muzyki, chodziła na
koncerty, rozmawiała z nami po występach. Bardzo się cieszyłem, że to właśnie
zagrane przeze mnie utwory zabrzmiały w filmie o niej i że mogłem zagrać na
żywo na uroczystej premierze filmu. Gdynia
doczekała się filmu o swojej pani prezydent.
Kobieta,
która wyhodowała to miasto
Niedziela, 1
kwietnia 2007r. Była ciepła
dla ludzi i oni to czuli. Przytoczę taki cytat z księgi kondolencyjnej po jej
śmierci, który utkwił mi w pamięci: „Kochana pani prezydent, dziękuję za
zlikwidowanie krawężników. Zbieracz makulatury”. I co tu więcej mówić? Gdynianie
rzadko o swojej prezydent mówili Franciszka Cegielska. Czasami mówili
Franciszka, częściej Franka lub Cegła. Ale to jak ją określali nie zamazywało
ogromnego szacunku, jakim ją darzyli. Tak, jak hip-hopowcy, którzy rapują
tekst piosenki na jednej z głównych ulic Gdyni. Pamiętają ją, choć od jej
śmierci upłynęło już sześć lat i śpiewają: „warto być dobrym człowiekiem jak
Franka, warto przyjrzeć się z bliska, że w Gdyni nikt nie walczy o
stanowiska” Nie są oni
odosobnieni w tej opinii. Dlatego film „Franka”, według scenariusza i w
reżyserii Henryki Dobosz, od środy ciągnie gdynian do kina jak magnes. Na
przedpremierowym pokazie trudno było o wolne miejsce. Na czwartek, piątek,
sobotę i niedzielę też już wszystkie bilety zostały rozdane.– Najpierw
planowaliśmy jeden pokaz, potem trzy, teraz wyszło, że będzie ich sześć, a
może i więcej… Zobaczymy – mówi Joanna Grajter, rzecznik prasowy Urzędu
Miasta Gdyni. Joanna ma co
wspominać. Z Franciszką współpracowały od 1990 roku, kiedy Franka została
prezydentem Gdyni, Asia jej rzecznikiem. Ot, choćby to, jak na początku
swojej kadencji przy okazji dni morza Franka spotkała na Bulwarze Nadmorskim
marynarzy z Plymouth, odzianych w zabawne mundurki. Przystanęła, zagadnęła i
po chwili …zaczęli śpiewać. Franciszka intonowała piosenki, a potem śpiewali
wszyscy – ona, marynarze i gdynianie, którzy spacerowali w pobliżu. Ulubiona
piosenka Franki? Proszę bardzo – często publicznie przy wielu okazjach
śpiewała: „Dwaj Murzyni w mieście Gdyni urządzili sobie bal, jedli pili i
tańczyli, a tym w Gdańsku było żal”. Scenariusz po
pogrzebie Henryka
Dobosz, robiąc film „Franka”, Cegielskiej prawie nie znała.– Zetknęłam się z
nią raptem kilka razy – mówi. – Ale dla filmu to może i dobrze, bo miałam do
niej dystans, jakiego często brakowało moim rozmówcom. Zdarzało się, że ją
idealizowali, ale tak już jest, że czas zaciera to, co złe, albo mało
ważne.Decyzję o tym, że zrobi film o France podjęła na jej pogrzebie, w
październiku 2000 roku. – Widziałam
tłumy gdynian, ich rozpacz po śmierci „ich Franki”, bezmiar nieszczęścia i
perspektywę pustki, jaka po niej zostawała. I dziwiłam się, że nikt wcześniej
nie wpadł na pomysł zrobienia filmu o Franciszce Cegielskiej. Pierwszy
scenariusz napisałam tuż po pogrzebie, telewizja najpierw była nim
zainteresowana, potem zainteresowanie straciła. Wróciłam do pomysłu w
ubiegłym roku, przy okazji 80-lecia Gdyni. Ile Franki we
"France"? Maryla
Mrozińska siedzi po uszy zakopana w papierach.– Polski Instytut Sztuki
Filmowej dał mi promesę na sto tysięcy złotych, ale postawił też warunek:
film powstanie do 12 kwietnia – mówi. – Udało się, resztę dofinansowało
miasto Gdynia i gdyńscy sponsorzy. Cały budżet zamknął się w kwocie około 200
tysięcy złotych.Okazuje się, że to co powinno być proste, proste nie jest. Na
pytanie, kiedy film będzie można zobaczyć w telewizji, odpowiedzieć się nie
da.– Nie wiem – rozkłada ręce Mrozińska. – Prowadziłam rozmowy z TVP i gdy
już miało dojść do podpisania umowy, okazało się, że osoby, które ze mną rozmawiały,
już tam nie pracują.Wygląda na to, że „Franka” nie będzie jedynym filmem o
Franciszce Cegielskiej. Na drugą połowę roku gdański oddział Telewizji
Polskiej zaplanował realizację filmu dokumentalnego o nieżyjącej prezydent. –
Jesteśmy na razie w fazie kompletowania dokumentacji – mówi Joanna
Strzemieczna, dyrektor oddziału TVP w Gdańsku. – Nie wiadomo jeszcze kto
zrealizuje film.- Nic nie wiem o ich filmie – mówi Mrozińska. – Dla mnie
jednak szokiem było, gdy TVG odmówiła mi udostępnienia materiałów archiwalnych
o Franciszce Cegielskiej, na domiar tego, połowa to była moja własna
produkcja! Przecież to jest dobro narodowe i każdy za opłatą ma prawo z
takich materiałów skorzystać. Utrudniło nam to pracę, bo korzystaliśmy
głównie ze zbiorów TVP w Warszawie. Ale te zbiory są skromne.I może dlatego
we „France” jest tak mało Franki… Wciąż jest
numerem jeden Jaka jest
Gdynia po Franciszce?- Duch Franki w Gdyni wciąż żyje – mówi Maryla
Mrozińska. – Przecież wielu jej dawnych współpracowników, na czele z
prezydentem Szczurkiem, rządzi miastem. A duch Franki to duch otwartości na
ludzi, dostrzeganie ich potrzeb. Gdynia jest inna od miast ją otaczających,
tu polityka nie stoi na pierwszym miejscu, tu panuje duch służby ludziom, bo
tego zawsze uczyła Franka. - Gdynia jest
wyhodowana przez Frankę – dodaje Henryka Dobosz. – Nadal nadają jej charakter
ludzie, dla których była wzorem. Gdynia po France jest Gdynią Franki, tylko
poszła o krok dalej.- A co to znaczy fenomen Franki? – dociekam.Socjolog
Janusz Erenc chwilę się zastanawia. – Znałem ją,
stąd moje wahanie, chcę być obiektywny. Ale dobrze … przez lata prowadziliśmy
badania dotyczące regionalnej sceny politycznej, czyli mówiąc po ludzku
badaliśmy popularność polityków w województwie i wie pani co nam wyszło?
Franciszka Cegielska była zawsze numerem jeden. I nie „przeskakiwali” jej
nawet ludzie stąd się wywodzący, a robiący karierę w kraju, mówię o Tusku,
Płażyńskim… I powiem więcej. Nie obrażając żadnego z obecnych szefów powiatów,
gmin i miast, Franka nadal nie na konkurencji, choć trochę czasu od jej
śmierci już minęło… OD AUTORA To
dla mnie zaszczyt, że kiedyś poznałam Franciszkę Cegielską, że to Ona do
młodej stażystki, jaką wtedy byłam, wyciągnęła rękę i powiedziała: „Franka
jestem”. Skromnie odpowiedziałam: „jestem Beata”, a potem nie widziałyśmy się
wiele miesięcy. Pewnego dnia zobaczyłam ją na jakiejś plenerowej imprezie.
Ukłoniłam się, a ona ogarnęła mnie ramieniem i powiedziała: ”Cześć Beatko,
jak cudownie znowu cię tu spotkać”. A ja byłam tylko jedną z mieszkańców
250-tysięcznego miasta. Franka nie znała barier i to chyba jest jeden z
powodów, dla którego gdynianie tak ją kochali… Dwie recenzje
nowej powieści Pawła Huellego
[3.3.2007] Nowa
powieść gdańskiego pisarza Pawła Huellego pt. „Ostatnia wieczerza”, wydana
przez „Znak”, stała się swoistym wydarzeniem literackim. Jednak opinie o
książce są bardzo rozbieżne. Dziennik
„Rzeczposplita” w sobotnio-niedzielnym wydaniu z 3-4 marca umieścił tę książkę na pierwszym
miejscu listy bestsellerów z okresu od 21 stycznia do 20 lutego, opartej
na wynikach sprzedaży w sieciach księgarni Empik i
Matras oraz na informacjach uzyskanych w wybranych wydawnictwach. Z tej
okazji notę o książce napisał Andrzej
Rostocki z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Łódzkiego. Autor
noty uznał ten utwór za powieść wielowątkową i wielowarstwową. Stwierdził, że
jej tropy obyczajowe są wprawdzie ciekawe, ale mylące. Uważa, że nie jest to
książka o pomyśle nowego namalowania „Ostatniej Wieczerzy”, bo Apostołowie
mają na niej twarze gdańskich osobistości. Nie jest to też powieść o księdzu, który bardzo przypomina
znanego gdańskiego kapłana. Konkluzja socjologa jest zdecydowana: „To
książka o polskim katolicyzmie, instytucjonalnym i dogmatycznym. Nastawionym
na wspólnotowe przeżycie, a w małym stopniu tolerującym indywidualne i
czasami samotne poszukiwanie Boga. Czas wrócić do nauk Jezusa – mówi pisarz.
Kto go jednak posłucha”. Tę
interpretację zdaje się rozwijać autorka obszerniejszego omówienia książki
Huellego w tym samym numerze „Rzeczpospolitej, Elżbieta Sawicka. Pisze ona: „To
nie sztuka jednak stanowi główny temat hałaśliwych dyskusji spotykających się
w SPATiF bohaterów „Ostatniej wieczerzy”. Jest nim religia. Stosunek
współczesnego człowieka do wiary. Pisarz nie daje oczywiście w swojej
powieści żadnej ścisłej definicji dzisiejszej polskiej religijności. Pokazuje
ją natomiast w wielu migawkowych obrazach. Portretuje jej przejawy – czasem
satyrycznie, w krzywym zwierciadle (łasy na pieniądze antysemita Monsignore i
jego koszmarni parafianie). W zakończeniu powieści pisarz sięga po wymowny,
może nawet aż nazbyt dobitny symbol: oto podczas sesji fotograficznej okazuje
się, że pośrodku stołu pomiędzy apostołami zostało puste krzesło. Ktoś pyta
„niezbyt głośno”: „A gdzie jest Jezus?”. Na to fundamentalne pytanie brak
odpowiedzi. Obrzędowość? Tak, tę wciąż pielęgnujemy – w lepszym czy gorszym
stylu. Ale co z wiarą? Huelle nie odpowiada na to pytanie. Ważne jednak, że
je stawia”. Dla
kontrastu warto tu zwrócić uwagę na odmienną interpretację książki Huellego w
tekście Justyny Sobolewskiej, zamieszczonym w 6 numerze z 8 lutego
popularnego ongiś tygodnika „Przekrój”. W artykule pod znamiennym tytułem
„Zemsta pisarza” czytamy: Jednym
z bohaterów jest wszak ksiądz Monsignore – nie sposób nie rozpoznać w nim prałata
Jankowskiego, z którym nie tak dawno pisarz się procesował. I nie tylko on
się tu przemyka: ktokolwiek nadepnął pisarzowi na odcisk niech się boi!
Dyrektor Teatru Wybrzeże brzydko, oj brzydko zabawia się w SPATiF-ie.
Wszystkie złośliwości i aluzje tej powieści z kluczem odczytają jednak tylko czytelnicy z Gdańska i okolic.
Reszta poczuje się stratna. Bo czy to przyjemnie widzieć aluzję, lecz jej ani
w ząb nie rozumieć? Nie- gdańszczanom pozostają liczne spory o idee,
pojedynek metafizyków i „awangardyków” o sztukę, migawki z XIX – wiecznej
Jerozolimy, z Bośni, rozważania o chrześcijaństwie i islamie, który ma w
powieściowym mieście coraz więcej zwolenników. (...) Nadmiar
efektów mści się na tej powieści tak samo, jak pomysł, by napisać
jednocześnie doraźny pamflet i poważna rozprawę o ideach i współczesności.
Wyszła hybryda. W dodatku z głową księdza Jankowskiego”. Obie
interpretacje wydają się raczej chybione. W książce bowiem trudno znaleźć
filozoficzną rozwagę i czyste intencje krytyki zjawisk obyczajowych. (D.G.) W cnotliwej zatoce
03.30.2007 Trzy cnoty - sumienność,
solidność, solidarność - powinny przyświecać Karcie Trójmiasta - pisze ks.
Witold Bock, duszpasterz dziennikarzy Zabolało
- tak poczułem, gdy zredagowaną i ogłoszoną w Gdańsku w roku 2000 Kartę
Powinności Człowieka polemista nazwał pochwałą macierzyństwa. Mniejsza o moje
odczucia. Argument okazał się, przynajmniej dla mnie, nie tyle przykry, co mobilizujący.
"Pochwała macierzyństwa" jest angielskim idiomem, ironicznym
określeniem stwierdzeń, z którymi nikt nie może się nie zgodzić. Czasami jest
tak z powodu siły perswazyjnej argumentów, ale częściej z powodu ich
banalności. Któż chciałby krytykować macierzyństwo? Cykl
publikacji na łamach gazety pokazał, że środowisko trzech miast jest drogie
wielu ludziom. I to nie tylko tym, którzy uzewnętrznili swoje przekonania.
Myślenie, poznawanie ludzi, dialog, a nawet spieranie się z ludźmi, którym o
coś chodzi - cenię jeszcze bardziej niż miejsce. Ale połączone ze sobą
miejsce i wartości, mogą, choć nie muszą, tworzyć zobowiązanie. Nie bierzcie przykładu z Kościoła, ale System metropolitalny istnieje w Kościele powszechnym, co nie oznacza - jak myślało wielu - że struktura prowincji kościelnej jest idealną inspiracją dla myślących o rozwiązaniu problemu mitycznego już biletu. Choć aktualny biskup gdański nosi tytuł metropolity gdańskiego, a metropolia obejmuje diecezje pelplińską i toruńską, to jego kompetencje są typowo honorowe i symboliczne raczej, podobnie jak Prymasa Polski w stosunku do stacji ojca Rydzyka. Nieco bliżej to ilustrując, gdyby umarł biskup pelpliński lub toruński, władzy w naturalny sposób nie przejmuje metropolita metropolii, tylko ciała statutowe każdej diecezji według przepisów prawa kanonicznego. Po przedstawieniu jednemu z moich mocno opierających się rozmówców takiego argumentu, zapytał mnie radykalnie: - To cooo? Ubiegając kolejne cięcia skalpelem po kanonach, powiedziałem mu: - Głównym zadaniem metropolity jest dawanie dobrego przykładu! - Aaaa! - rozmówca skomentował przeciągle. Zmieniliśmy wątek z powodu braku jego zainteresowania tą częścią działalności oficjalnych osób w Kościele i nie tylko. Przykładem
ryzykownego myślenia o trójmiejskiej metropolii jest korzystanie z inspiracji
geometrycznych. Idea "złotego trójkąta" jest świetnym materiałem na
logo, ale żeby się nie okazało, że to następca trójkąta bermudzkiego, w
którym znikną wszystkie dotychczasowe wady poszczególnych ludzi i struktur. I
oczywiście dużo bardziej fascynujące będzie to znikanie błędów niż realny
namysł. Nie należę do tych, którzy szemrając w gabinetach mówią, że to główny
powód powstawania urzędowych galaktyk, jak słynnych "zjednoczeń" w
głębokim PRL-u. Nieobojętne jest jednak dla mnie pytanie, kto jest
odpowiedzialny za dziesięcioletnią niemożność wprowadzenia trójmiejskiego
biletu, choćby w tym kontekście, że 50 lat temu Unia Europejska powstała na
bazie zdroworozsądkowego porozumienia handlu węglem i stalą. Temat biletu
pojawia się tak często w uroczystych sporach, jak i w prywatnych rozmowach,
że trzeba go chyba wpisać do aktu założycielskiego Unii Trójmiasto. Na pewno? Skoro
do tej pory nie było to możliwe, to może warto popatrzeć, jak się to gdzie
indziej robi, a w którym z trzech miast komunikacja przypomina dobrze
nastawiony zegarek, i chuchać , i troszczyć się , by inni wzięli dobry
przykład. Gwiazdozbiór cnót Prawdziwą
duchowość ukrytą w Kościele poznaje się po tym, że umie nieagresywnie mówić o
wadach innych ludzi czy otoczenia, rozróżniając między błędem a błądzącym.
Tej samej duchowości należy użyć do rozmowy o wartościach, bo warto, choć nie
zawsze się opłaca. Oby
nasza historia okazała się nauczycielką życia, bo zbyt wiele widzieliśmy tu
na Wybrzeżu, łącznie z tym, że morska okolica pełna jest "atrakcji"
nurkowych w postaci wraków. Liczba ludzi ginących jednocześnie całymi
rodzinami w zimnej wodzie Bałtyku budzi przerażenie, choćby w kontraście z
legendarną tragedią "Titanica". Mieszkańcy tych okolic od wieków
uchodzili za przedsiębiorczych, to znaczy takich, co umieli i chcieli. Ich
ambicje nie przeszkadzały osiedlaniu się na Żuławach innym ambitnym i
wytrwałym. Choć ten ośrodek nigdy nie słynął z akademickiej myśli i
charakterystycznego nastroju miast uniwersyteckich, to praktyczne nastawienie
życiowe gdańszczan nie przeszkadzało w dialogu kultur, religii i stylów. Trzy
zauważone poniżej cnoty, jak trzy miasta, można spiąć lub traktować mocno
oddzielnie. Wszystkie uczą obywatelskiej odpowiedzialności. Wybrałem je
całkowicie subiektywnie. Może powinny przyświecać Karcie Trójmiasta. Sumienność
nie przez przypadek ma coś wspólnego z sumieniem. I to na tej
podstawie dzieli się uczniów - być może wbrew poprawności - na samouków i
nieuków. Te dwie kategorie nie różnią się zapisami w dzienniczkach, tylko
świadomością, czyli ostatecznym powodem robienia czegoś jako dobro lub jako
zło. Jeżeli jest tak, że nieświadomość lub niedobrowolność powoduje, że
grzech nie jest grzechem, to o ileż bardziej dobro chce być dokonywane
świadomie. „Wymagajcie od siebie nawet wtedy, gdyby inni od was nie wymagali”
- mówił niezapomniany Papież na Westerplatte. Ależ
to trzeba było być szalonym, by wybudować Bazylikę Mariacką. Nie waham się
tak mówić, bo człowiek, który planuje coś, wiedząc, że nie dożyje ostatecznej
realizacji, jest bohaterem. A pionierzy mają zawsze strzały w plecaku - mówi
przysłowie. Słuchając całe lata ludzkich zwierzeń, przekonałem się, że 90
procent pracy ludzkiego sumienia to wybór między ważnym a najważniejszym.
Wcale nie między dobrem a złem. Na tej podstawie mówię, że jeśli przynajmniej
raz dziennie dokonujesz wyboru między dobrem a złem, to prowadzisz
niesłychanie ciekawe życie. Ambicja jest jak gaz w samochodzie, umiarkowanie
jak hamulec. Kiedy naciskać właściwy pedał, decyduje właśnie świadomość Solidność
nie daje mi czasami spać po nocach. Dokładniej jej brak. Nie
chcę kipieć oburzeniem jak prorok, ale dożyliśmy czasów, kiedy tak wielu
ludzi przeszło na stronę niechlujstwa, i to na różnych poziomach, że zwykła
punktualność i oddawanie pożyczonych pieniędzy na dzień przed terminem wydaje
się cudem. Kilka lat temu zbadano lęki Amerykanów. Na trzech pierwszych
pozycjach znalazły się: publiczne wystąpienia, śmierć, utrata pracy. Po
pierwsze zadziwia kolejność i pierwszeństwo publicznych prezentacji przed
śmiercią. Wiecie Państwo, czego ja się boję naprawdę: niekończących się
wystąpień przy okazji różnych okazji, wielomówstwa i baroku, które
uwidoczniają przekonanie, że pełniona funkcja, siwe włosy lub zwykły talent
oratorski zwalniają z odpowiedzi na pytanie: dlaczego mówię do innych ludzi?
Może właśnie brak solidności, co nazywam zwykłym niechlujstwem, powoduje, że
coraz rzadziej słyszymy uśmiechnięte dziękuję. Solidarność
stała się powszechną własnością wielu. Tak wielu, że nie wiadomo
kogo. Powtarzanie za Janem Pawłem, że „nie ma solidarności bez miłości”
wywołuje uroczyste emocje. I dobrze. Może ochronią przed patosem, nie tylko
kaznodziejów. Osobiście wolę cytat, że „solidarność to jedni drugich
brzemiona noście”. Daje mi więcej szans na niepogubienie się w
interpretacjach i wprowadzaniu solidarności w codzienność. Wyznacza choćby
granicę, że choć mogę to nie muszę. Uczy, że skoro czegoś nie zakazano mi prawem
lub regulaminem, to od razu wolno mi to zrobić. Tym bardziej mnie boli, że
kilku „apostołów zacietrzewienia” rodem z Gdańska i okolic zrobiło
warszawskie kariery. Zacietrzewienie było jeszcze nie tak dawno uważane za
niecnotę ludzi niedojrzałych lub cechę niezrównoważonych. Było okazją do
wyrozumiałości przez otoczenie. „Savoir-vivre 2007” pozwala komuś publicznie
„dopieprzyć”, kogoś „olać” albo zwyczajnie zaszczuć. I tak ludzie skazani
wyrokami straszą innych sądami, a mistrzowie krętactwa żądają solidnej i
przejrzystej argumentacji. To są grzechy przeciw solidarności. Wierzę
w solidarność, która otwiera i rozluźnia zaciśnięte pięści. Nosić brzemiona
to również dbać o innych. Choćby o to, by bez lęku mogli wypowiedzieć swoje
przekonania, bo "granicą wolności słowa jest dobre imię innych". ks.
Witold Bock, duszpasterz dziennikarzy |