Humanistyka gdańska z krótką tradycją

Filmy o Bądkowskim i Cegielskiej

Film o charyzmatycznej prezydent Gdyni Franciszce Cegielskiej

Gdynia doczekałą się filmu o swojej pani prezydent.

Szczurek poruszony filmem o Cegielskiej

Dwie recenzje nowej powieści Pawła Huellego

W cnotliwej zatoce

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Henryka Dobosz

 

Maryla Mrozińska

 

 

 

Gdańska dziennikarka i publicystka, Henryka Dobosz, reżyseruje filmy ...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Paweł Huelle

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zobacz powiekszenie

 

Strona główna

Serwis Pomorski

Kultura

 

Henryk Galus

Humanistyka gdańska z krótką tradycją

[30.12.2006]

Tradycje gdańskiej humanistyki – dokładnie taki temat miała konferencja, która w dniach 4 i 5 grudnia 2006 r. obradowała na Wydziale Filologiczno-Historycznym Uniwersytetu Gdańskiego i w Bibliotece Gdańskiej PAN. Program konferencji zawierał  łącznie 27 referatów dotyczących kilkunastu dyscyplin humanistyki!

Na stronie internetowej Uniwersytetu Gdańskiego można było przeczytać krótkie wyjaśnienie intencji organizatorów konferencji:

Konferencja naukowa „Tradycje gdańskiej humanistyki” została zorganizowana przez Wydział Filologiczno-Historyczny Uniwersytetu Gdańskiego oraz Instytut Kaszubski z  okazji 60-lecia gdańskiej humanistyki. Przygotowane przez gdańskie środowisko naukowe referaty i wykłady przypominać będą powojenne dokonania gdańskich humanistów - mistrzów – twórców gdańskiej humanistyki w okresie powojennym, a także będą próbą określenia najistotniejszych problemów badawczych na przyszłość. Szczególną intencją organizatorów jest pogłębienie współpracy i dialogu między różnymi dziedzinami humanistyki, z myślą o dobitniejszym podkreśleniu obecności gdańskiej humanistyki w otaczającym świecie, nie tylko nauki.

Konferencja została więc pomyślana jako impreza okolicznościowa, związana z 60-leciem gdańskiej humanistyki powojennej. Minęło bowiem 60 lat od powstania w Gdańsku w 1946 r. Wyższej Szkoły Pedagogicznej z Wydziałem Humanistycznym. Jego kontynuacją był Wydział Humanistyczny utworzonego w 1970 r. Uniwersytetu Gdańskiego. Wydział ten w 1990 r. został podzielony na dwa: Wydział Filologiczno-Historyczny i Wydział Nauk Społecznych. Konferencja miała więc zaprezentować dorobek gdańskich humanistów w obu uczelniach.

W programie konferencji przewidziano jednak tylko czas na przedstawienie  streszczeń lub fragmentów referatów, co oczywiście nie dawało wystarczających podstaw do merytorycznej dyskusji. Konferencja przybrała więc jakby charakter konsultacji autorów referatów z organizatorami konferencji przed przygotowaniem do druku okolicznościowego wydawnictwa. Nic przeto dziwnego, że frekwencja nie wykroczyła zbytnio poza krąg autorów referatów. Być może więcej osób zainteresuje się dopiero pełną wersją opracowań  w stosownym wydawnictwie.

Ale temat konferencji został sformułowany w sposób merytorycznie dość zobowiązujący. Chodzi bowiem o tradycje gdańskiej humanistyki w powojennym 60-leciu, a więc o wskazanie tych jej treści i wartości, które można uznawać za cenne i ważne. Zasługują więc przynajmniej na pamięć o nich i ich twórcach, o traktowanie ich jako istotnego  elementu procesu tworzenia wiedzy naukowej, czy nawet o nawiązywanie do nich, o aktualizację ich znaczenia, o ich kontynuację i rozwijanie.

Nie należy natomiast przypisywać szczególnego znaczenia pojęciu gdańska humanistyka, bo to może to prowadzić do mistyfikacji problemu.  Pozostańmy więc przy prostym rozumieniu, że to określenie oznacza tylko miejsce uprawienia humanistyki i krąg czyniących to osób żyjących w Gdańsku i związanych z tym miastem oraz możliwość kontaktu poznawczego ze zbiorowością społeczną regionu. Poszukiwanie jakichś specyficznych odrębności humanistyki gdańskiej i  wiązanie ich z właściwościami społecznymi Gdańska i regionu, czy z cechami intelektualnymi czynnych tu humanistów musi podlegać racjonalnym rygorom.

Oczywiście zaliczanie dokonań poznawczych do tradycji poszczególnych dziedzin humanistyki należy przede wszystkim do gremiów ich specjalistów na podstawie przeprowadzanej publicznie analizy i krytyki naukowej. Jednak rozwój różnych dziedzin humanistyki badają także historycy nauki i naukoznawcy. Są też w pewnej mierze zobiektywizowane i wiarygodne kryteria wartościowania wiedzy i literatury humanistycznej. Chodzi o ich obecność w szerokim obiegu, w programach studiów i podręcznikach akademickich, w dostępnych wydawnictwach.

 Istotna jest rola historyków nauki. Zajmują się oni nie tylko strukturalnym rozwojem nauki, lecz także społecznym kontekstem powstawania wiedzy naukowej. A więc instytucjami naukowymi i edukacyjnymi, etyką ludzi nauki, organizacjami uczonych i pracowników nauki, ich relacjami ze sferą państwa i polityki, zakresem wolności nauki i autonomii instytucji naukowych, ingerencją  struktur politycznych w życie naukowe. W Uniwersytecie Gdańskim brakuje jeszcze kręgu historyków nauki.

Na podstawie wysłuchania streszczeń lub  fragmentów referatów o tradycjach gdańskiej humanistyki w powojennym 60-leciu, wygłoszonych w dniach 4 i 5 grudnia 2006 r.  trudno dokonywać uogólnień. W wypowiedziach na konferencji nierzadko brakowało  merytorycznych analiz i uzasadnień. Niekiedy ograniczano się niemal do zestawienia bibliografii prac i biografii naukowych ich autorów oraz krótkich komentarzy. Z reguły pomijano społeczny i polityczny kontekst rozwoju poszczególnych dyscyplin humanistyki w WSP i UG, zwłaszcza w dobie PRL, gdy w obrębie uczelni działały struktury partyjne.  Nie wiadomo czy kwestie te znajdą się w pełnych tekstach referatów w zapowiedzianym wydawnictwie. 

Na zakończenie tych uwag trzeba jeszcze przypomnieć, że Gdańsk niestety nie znalazł się wśród miast, które bezpośrednio po wojnie uzyskały uniwersytety, jak Lublin, Łódź, Toruń i Wrocław, gdzie napłynęła kadra naukowa z dwóch uniwersytetów polskich zlikwidowanych we Lwowie i w Wilnie wskutek objęcia Kresów Wschodnich przez Związek Radziecki. W tym samym czasie w Gdańsku powstała tylko Wyższa Szkoła Pedagogiczna, która do 1954 r. prowadziła niepełne studia wyższe. O stopniu opóźnienia gdańskiej WSP w osiąganiu standardu uniwersyteckiego świadczy fakt, że dopiero w 1961 r. na wydziale humanistycznym tej uczelni wydano dwa pierwsze  dyplomy doktorskie, jeden socjologii wychowania a drugi z historii. Bez wsparcia gdańskiej WSP, w tym również jej fakultetu humanistycznego, przez naukowców z uniwersytetów w Toruniu, Poznaniu i Warszawie, powstanie UG w 1970 r. byłoby raczej niemożliwe.

Do końca istnienia WSP były prowadzone tylko cztery kierunki studiów humanistycznych: historia, filologia polska i filologia rosyjska oraz pedagogika. W UG w latach 70-tych  doszły jeszcze anglistyka i skandynawistyka oraz psychologia, pod koniec lat 80-tych – filologia klasyczna, germanistyka i politologia, a w 1992 r. socjologia , w 1998 r.  filozofia, w 1997 r. filologia romańska  i w 1998 r slawistyka. Nie ma zatem przesady w stwierdzeniu, że gdańska humanistyka ma stosunkowo krótką i niezbyt bogatą tradycję.

Trudna droga rozwoju humanistyki w WSP i UG warta jest głębokiej analizy. Wnioski z niej mogą okazać się przydatne do sformułowania programu odrobienia zapóźnień, co wymaga także eliminowania wpływu partykularnych środowisk na struktury uczelni. Humanistyka w UG jako uczelni państwowej, finansowanej ze środków publicznych, ma szczególne powinności poznawcze i edukacyjne wobec całego społeczeństwa. Musi też sprostać rozwijającej się  konkurencji ze strony niepublicznych uczelni i instytucji naukowym o profilu humanistycznym.

Referaty:

Roman Wapiński: Gdańska humanistyka a Uniwersytet Gdański

Lech Czerniak: Archeologia gdańska

Jacek Friedrich: Historia sztuki – zabytkoznawstwo

Janusz Sibora: Archiwa i archiwistyka gdańska

Błażej Śliwiński: Gdańska mediewistyka

Józef Arno Włodarski: Historiografia okresu nowożytnego

Józef Borzyszkowski: Historiografia XIX wieku

Tadeusz Stegner: Historiografia XX wieku

Jolanta Maćkiewicz: Gdański ośrodek językoznawczy – językoznawstwo polonistyczne

Jerzy Treder: Dzieje gdańskiej kaszubistyki

Edward Breza: Gdańskie badania onomastyki pomorskiej

Hieronim Chojnacki: Dorobek skandynawistyki gdańskiej

Marcelina Grabska: Gdańska slawistyka

Marian Szczodrowski: Gdańskie neofilologie: geneza – stan – perspektywy

Izabela Bogumił: Dzieje i dorobek Katedry Filologii Klasycznej

Jadwiga Kotarska, Edmund Kotarski: Badania nad literaturą polską epok dawnych

Józef Bachórz: Dorobek historyków literatury: literatura XIX wieku

Małgorzata Czermińska: Badania nad literaturą XX wieku i najnowszą

Jan Ciechowicz: Gdańskie badania nad teatrem

Anna Kwaśniewska: Badania etnograficzne w ośrodku gdańskim

Cezary Obracht-Prondzyński: Gdańskie środowisko socjologiczne

Sabina Kruszyńska: Filozofia w Gdańsku – sytuacja przed i po 1989 roku

Romuald Grzybowski: Pedagogika i historia wychowania w Gdańsku po 1945 roku

Andrzej Chodubski: Specyfika rozwoju politologii w Gdańsku

Violetta Kostka: Dorobek muzykologów i teoretyków muzyki

Maria Pelczar: Biblioteka – odbiciem kulturalnych zainteresowań gdańszczan

Lucyna Nyka, Jakub Szczepański: Wizje miasta na tle przemian urbanistycznych Gdańska

Kierownictwo naukowe konferencji sprawowali: Józef Borzyszkowski  i Cezary Obracht-Prondzyński

 

Filmy o Bądkowskim i Cegielskiej

[12.2.2007]

Zaprezentowany w 2005 roku film Henryki Dobosz o Lechu Bądkowskim wzbudził duże zainteresowanie. Na pokazie przepremierowym sala kina Kameralnego w Gdańsku była wypełniona po brzegi. A działo się to na kanwie 25 – lecia podpisania Porozumień Sierpniowych i powstania „Solidarności”, którą bohater filmu, pisarz i publicysta, współtworzył.

Film ten pt. „Kryptonim Inspirator” , którego producentem jest firma Marii Mrozińskiej „Promedia”, poprzedziła  książka Pawła Zbierskiego pt. „Na własny rachunek. Rzecz o Lechu Bądkowskim”.

Teraz Henryka Dobosz w tej samej firmie kończy pracę nad filmem o również ciekawej postaci pomorskiej, zmarłej kilka lat temu Franciszce Cegielskiej, która była działaczką „Solidarności” i samorządu regionalnego, prezydentem Gdyni i ministrem zdrowia w rządzie Jerzego Buzka. 

Film Henryki Dobosz o Lechu Bądkowskim wykracza poza sugerowany w tytule zakres prezentacji postaci, ujęty w słowach „Kryptonim Inspirator”. W istocie rzeczy jest to film dokumentalny o całej biografii Bądkowskiego, a nie tylko o jego działalności opozycyjnej, odnotowanej  pod kryptonimem w teczkach służby bezpieczeństwa. Film został zaś oparty głównie na świadectwie osób z kręgu rodzinnego i środowiskowego. Stało się to zaletą, ale i wadą. Oprócz bowiem wypowiedzi osób bliskich przedstawianej postaci, zabrakło opinii obserwatorów z dystansu, traktujących postać analitycznie.

Bardziej wyraziście została zarysowana w filmie rola Bądkowskiego jako obywatela i społecznika, niż jako publicysty i pisarza. W filmie bowiem zaakcentowano przede wszystkim epizod żołnierski Bądkowskiego jako uczestnika wojny obronnej w 1939 r. i pełniącego służbę w polskich siłach zbrojnych we Francji i Anglii. W powojennej zaś drodze życiowej tego toruńczyka i gdańszczanina na pierwszym planie znalazły się jego troski o region pomorski i kaszubską kulturę regionalną oraz o stan państwa i społeczeństwa polskiego. W tej sferze swej aktywności Bądkowski przebył drogę od zaznaczonego tylko w filmie i książce Zbierskiego kompromisu wobec panującego systemu w pierwszej połowie lat 50. do późniejszej kontestacji i opozycji, której zwieńczeniem był jego, silnie podkreślony w filmie, znaczący udział w przełomowych wydarzeniach w Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 r. i w powstaniu „Solidarności”, której był pierwszym rzecznikiem prasowym.

Przywołany w filmie fragment wypowiedzi Bądkowskiego w negocjacjach  MKS z komisją rządową, dotyczył – jak wiadomo – jednej z kluczowych kwestii politycznych, a mianowicie zapewnienia społeczeństwu warunków do korzystania z praw obywatelskich, w tym ograniczenia i uregulowania cenzury. Ale Bądkowski wybił akcenty w innych zakresach działań „Solidarności”, czego film wyraziście nie pokazał. Chodzi o racjonalność poczynań tego ruchu, umiarkowanie w dążeniach, rozwagę i odpowiedzialność, co wykazywał Bądkowski zwłaszcza w swej publicystyce na łamach redagowanego przezeń czasopisma „Samorządność”. Wreszcie Bądkowski zaszczepiał w „Solidarności” idee samorządności regionalnej, domagając się nadania temu ruchowi społeczno-zawodowemu struktury  regionalnej, a nie scentralizowanej i tylko branżowej. Zarządy regionalne zaważyły na sile i wpływach „Solidarności” w całym kraju.

Wcześniej Bądkowskiego idee regionalizmu  bynajmniej nie ograniczały się do ruchu kaszubskiego. Koncypował samorządność w dużych regionach polskich, w tym w regionie Pomorza, którego był patriotą. Pamiętam, jak w kontaktach ze mną interesował się prowadzoną przeze mnie w latach 1969-1970 akcją prasową  na rzecz kreowania Uniwersytetu Gdańskiego.

I w filmie Dobosz, i w książce Zbierskiego twórczość literacka Bądkowskiego pozostaje na drugim planie. Poświadczają oni w ten sposób opinie z kręgu krytyki literackiej, że pisarstwo literackie nie było pierwszym powołaniem Bądkowskiego, lecz raczej polityka. Gdy nie mógł otwarcie zajmować się polityką, oddawał się jej w sferze literackiej, zwłaszcza w pisarstwie historycznym i publicystyce o tematyce historyczno-regionalnej. (H.G.)

 

Film o charyzmatycznej prezydent Gdyni Franciszce Cegielskiej

[22.3.2007]

W artykule pod takim tytułem Katarzyna Fryc zrelacjonowała w „Gazecie Wyborczej Trójmiasto” (numer z 22.3.2007 r.) rozmowę z Henryką Dobosz, reżyserem filmu o prezydent Gdyni, Franciszce Cegielskiej:

- Była politykiem niestereotypowym, na tamte czasy rewolucyjnym. Dziś politycy próbują zachowywać się tak jak Ona, stosując sztuczki socjotechniczne - mówi o Franciszce Cegielskiej Henryka Dobosz, reżyser dokumentalnego filmu "Franka". - Ale bardziej od polityki interesowała mnie jej osobowość i wewnętrzne światło, które innym dodawało skrzydeł.

Decyzję o nakręceniu dokumentu o Cegielskiej podjęła po śmierci Cegielskiej w 2000 r. - Wtedy myślałam głównie o dramacie wpisanym w tę postać - opowiada Henryka Dobosz, która ukończyła pracę nad filmem dokumentalnym pt. "Franka". - Cegielska interesuje mnie przede wszystkim jako człowiek. Polityka oczywiście też, ale tylko jako tło. Drugim bohaterem filmu uczyniłam miasto, starałam się wyłowić związek jej osobowości z Gdynią. To dwie gwiazdy, które zeszły się ze sobą we właściwym momencie.Henryka Dobosz, która ma na koncie dokumenty m.in. o Lechu Bądkowskim i Izaaku Singerze, z byłą prezydent Gdyni zetknęła się zaledwie kilka razy, nie znała jej bliżej. - Ale czułam, że ma w sobie charyzmę i wewnętrzne światło, które innym dodaje skrzydeł.

55-minutowy film jest balladą o niezwykłej kobiecie i jej mieście. Zobaczymy w nim Cegielską we wspomnieniach jej najbliższych, przyjaciół i współpracowników. Henryka Dobosz rozmawiała m.in. z Jerzym Buzkiem (Cegielska była ministrem zdrowia w jego gabinecie), Maciejem Płażyńskim (ówczesnym wojewodą) i najbliższymi współpracownikami: obecnym prezydentem Gdyni Wojciechem Szczurkiem (wówczas przewodniczącym Rady Miasta), Anną Stopką (byłym sekretarzem miasta), Jerzym Zającem (przyjacielem Cegielskiej, dziś dyrektorem gdyńskiego magistratu) i Joanną Grajter, która od czasów Cegielskiej jest rzecznikiem UM Gdyni. Zobaczymy także legendarną Frankę jako dziecko, dziewczynę, dojrzałą kobietę - o jej życiu prywatnym opowiadają siostry i mąż Jacek.

Henryka Dobosz jest nie tylko reżyserem, także autorką scenariusza. Autorem zdjęć jest Przemysław Reichel, montaż zrealizowała Irena Siedlar, a producentem jest Maryla Mrozińska reprezentująca "Promedia". Oprawę muzyczną zdominowały jazzowe ballady w interpretacji gdyńskiego saksofonisty Przemka Dyakowskiego.

Gdynianie mogą obejrzeć film "Franka" w środę 28 marca o godz. 18 w gdyńskim kinie Silver Screen, kiedy planowana jest jego uroczysta premiera. Kiedy zostanie pokazany w telewizji, nie wiadomo.

 – Jak tylko umówię się w Warszawie z szefową redakcji w tej sprawie, to zostaje odwołana - mówi Maryla Mrozińska.

Problemy z ustaleniem terminu emisji to nie jedyne trudności, które twórcy filmu napotkali w TVP. Kiedy zwrócili się do gdańskiego oddziału TVP o udostępnienie archiwalnych materiałów o Cegielskiej, telewizja odmówiła. - Mamy w planach realizację własnego filmu o Franciszce Cegielskiej. W tej sytuacji produkcja Maryli Mrozińskiej jest dla nas konkurencją. Nie mamy obowiązku udostępniać materiałów wszystkim chętnym - tłumaczy Joanna Strzemieczna, dyrektor gdańskiego oddziału TVP. W tej sytuacji realizatorzy oparli się na archiwaliach centrali TVP w Warszawie i lokalnych firm producenckich.

Na premierę filmu w Silver Screen obowiązują zaproszenia. Można je otrzymać w sali Muzeum Miasta Gdyni (na parterze Gemini) w godz.11-18. (oprócz poniedziałku). Kolejne trzy projekcje (30 i 31 marca oraz 1 kwietnia o godz.18) zaplanowano w Klubie Filmowym (ul. Waszyngtona 1). Zaproszenia na te seanse do odbioru w Gemini.

 

Szczurek poruszony filmem o Cegielskiej

 

[28.03.2007]

 

W środę, 28 marca w gdyńskim centrum Gemini odbyła się uroczysta premiera filmu "Franka", dokumentu o Franciszce Cegielskiej, nieżyjącej od kilku lat byłej prezydent Gdyni.

Prawie godzinny telewizyjny film dokumentalny "Franka" miał uroczystą premierę w środę wieczorem w największej sali kinowej gdyńskiego centrum Gemini. Liczące ponad 500 miejsc pomieszczenie niemal pękało w szwach. O zaproszenia do ostatniej chwili przed projekcją toczyły się prawdziwe walki - jeśli tylko ktoś przyznał się, że z jakiegoś powodu nie będzie mógł się pojawić na pokazie, na jego miejsce znajdowało się natychmiast kilkoro chętnych. Na sali zasiedli współpracownicy, a czasem jednocześnie przyjaciele bohaterki filmu albo ci, którzy ją znali i podziwiali przez lata jej aktywnej pracy na arenie lokalnej i ogólnokrajowej.

A to jeszcze nie wszystko. Gdyński Urząd Miejski zaplanował na najbliższy weekend trzy otwarte pokazy tego dokumentu w Klubie Filmowym. Bezpłatne wejściówki rozeszły się niemal natychmiast. Zdecydowano więc o pokazaniu filmu na trzech dodatkowych projekcjach w tych samych dniach. Na nie również nie ma już miejsc. W sumie film obejrzy ponad tysiąc osób.

"Franka" będzie także pokazana w telewizji, ale wciąż trwają ustalenia dotyczące daty emisji. Autorki: Henryka Dobosz (scenarzystka i reżyserka) i producentka Maryla Mrozińska rozmawiały z wieloma osobami, które z Ciegielską współpracowały albo znały ją na stopie prywatnej. W filmie wypowiadają się m.in. Jerzy Buzek czy Wojciech Szczurek, oprawę muzyczną przygotował gdyński jazzman Przemek Dyakowski. - To wzruszający film - opowiada Joanna Grajter, rzecznik prasowy gdyńskiego Urzędu Miejskiego, która pracowała na tym stanowisku jeszcze pod rządami Franciszki Cegielskiej. - Dla tych, którzy znali Frankę tylko od strony jej wizerunku publicznego, prawdziwym odkryciem będzie fakt, że w życiu prywatnym była to bardzo ciepła i delikatna osoba. Film pokazuje także przy okazji współczesną historię miasta, historię, której Cegielska była częścią, a zarazem siłą napędową.

Wojciech Szczurek prezydent Gdyni

Właśnie wyszedłem z premierowej projekcji filmu. Jestem poruszony, jak każdy chyba na tej sali. To piękna pod względem artystycznym opowieść o barwnej osobowości Franciszki Cegielskiej. To był trudny temat, ale film został moim zdaniem znakomicie zrealizowany i w zupełności spełnił wysokie oczekiwania, które z nim wiązano. Długa owacja na stojąco nie była tylko pustą kurtuazją. Bardzo cieszy mnie to niezwykle ciepłe przyjęcie filmu. Siedząc na sali czułem, że każdy z nas, którzy znali jego bohaterkę, aż się pali, żeby coś dodać, żeby dopowiedzieć o niej coś od siebie. Wywołanie takiego efektu to niewątpliwa zasługa realizatorów filmu.

Przemek Dyakowski
gdyński muzyk jazzowy

Franciszka Cegielska była zarówno dla mnie, jak i dla całego gdyńskiego środowiska jazzowego osobą szczególnie bliską. Nie będzie żadną przesadą stwierdzenie, że to właśnie dzięki niej miasto zaczęło rozbrzmiewać jazzem. Była siłą sprawczą i podporą wielu inicjatyw związanych z tą muzyką. Gdyby nie ona, nie zaistniałoby wiele klubów czy festiwali jazzowych. Sama lubiła słuchać tej muzyki, chodziła na koncerty, rozmawiała z nami po występach. Bardzo się cieszyłem, że to właśnie zagrane przeze mnie utwory zabrzmiały w filmie o niej i że mogłem zagrać na żywo na uroczystej premierze filmu.

 

 

Gdynia doczekała się filmu o swojej pani prezydent.

Kobieta, która wyhodowała to miasto

Niedziela, 1 kwietnia 2007r.

Była ciepła dla ludzi i oni to czuli. Przytoczę taki cytat z księgi kondolencyjnej po jej śmierci, który utkwił mi w pamięci: „Kochana pani prezydent, dziękuję za zlikwidowanie krawężników. Zbieracz makulatury”. I co tu więcej mówić?

Gdynianie rzadko o swojej prezydent mówili Franciszka Cegielska. Czasami mówili Franciszka, częściej Franka lub Cegła. Ale to jak ją określali nie zamazywało ogromnego szacunku, jakim ją darzyli. Tak, jak hip-hopowcy, którzy rapują tekst piosenki na jednej z głównych ulic Gdyni. Pamiętają ją, choć od jej śmierci upłynęło już sześć lat i śpiewają: „warto być dobrym człowiekiem jak Franka, warto przyjrzeć się z bliska, że w Gdyni nikt nie walczy o stanowiska”

Nie są oni odosobnieni w tej opinii. Dlatego film „Franka”, według scenariusza i w reżyserii Henryki Dobosz, od środy ciągnie gdynian do kina jak magnes. Na przedpremierowym pokazie trudno było o wolne miejsce. Na czwartek, piątek, sobotę i niedzielę też już wszystkie bilety zostały rozdane.– Najpierw planowaliśmy jeden pokaz, potem trzy, teraz wyszło, że będzie ich sześć, a może i więcej… Zobaczymy – mówi Joanna Grajter, rzecznik prasowy Urzędu Miasta Gdyni.

Joanna ma co wspominać. Z Franciszką współpracowały od 1990 roku, kiedy Franka została prezydentem Gdyni, Asia jej rzecznikiem. Ot, choćby to, jak na początku swojej kadencji przy okazji dni morza Franka spotkała na Bulwarze Nadmorskim marynarzy z Plymouth, odzianych w zabawne mundurki. Przystanęła, zagadnęła i po chwili …zaczęli śpiewać. Franciszka intonowała piosenki, a potem śpiewali wszyscy – ona, marynarze i gdynianie, którzy spacerowali w pobliżu. Ulubiona piosenka Franki? Proszę bardzo – często publicznie przy wielu okazjach śpiewała: „Dwaj Murzyni w mieście Gdyni urządzili sobie bal, jedli pili i tańczyli, a tym w Gdańsku było żal”.

Scenariusz po pogrzebie

Henryka Dobosz, robiąc film „Franka”, Cegielskiej prawie nie znała.– Zetknęłam się z nią raptem kilka razy – mówi. – Ale dla filmu to może i dobrze, bo miałam do niej dystans, jakiego często brakowało moim rozmówcom. Zdarzało się, że ją idealizowali, ale tak już jest, że czas zaciera to, co złe, albo mało ważne.Decyzję o tym, że zrobi film o France podjęła na jej pogrzebie, w październiku 2000 roku.

– Widziałam tłumy gdynian, ich rozpacz po śmierci „ich Franki”, bezmiar nieszczęścia i perspektywę pustki, jaka po niej zostawała. I dziwiłam się, że nikt wcześniej nie wpadł na pomysł zrobienia filmu o Franciszce Cegielskiej. Pierwszy scenariusz napisałam tuż po pogrzebie, telewizja najpierw była nim zainteresowana, potem zainteresowanie straciła. Wróciłam do pomysłu w ubiegłym roku, przy okazji 80-lecia Gdyni.
Pomysł zrobienia filmu o Cegielskiej spodobał się Maryli Mrozińskiej z firmy „Promedia”, która pogrzeb prezydent Gdyni chętnie porównuje do pogrzebu marszałka Piłsudskiego.
- Z Franciszką znałyśmy się dobrze – mówi. – Występowała w moich programach, kiedy jeszcze pracowałam w gdańskiej telewizji m.in. w „Tu mieszkamy”. Była zawsze, kiedy tylko była potrzebna, choć na ogół prezydenci nie garnęli się do udziału w kontrowersyjnych produkcjach. Do Franki mieszkańcy ustawiali się w długich kolejkach, a ona miała zawsze czas. Nie uciekała od trudnych pytań, odpowiadała spokojnie, wyjaśniała rzeczowo. Miała charyzmę, to człowiek, z którym chciało się po prostu być. Była ciepła dla ludzi i oni to czuli. Przytoczę taki cytat z księgi kondolencyjnej po jej śmierci, który utkwił mi w pamięci: „Kochana pani prezydent, dziękuję za zlikwidowanie krawężników. Zbieracz makulatury”. I co tu więcej mówić?

Ile Franki we "France"?

Maryla Mrozińska siedzi po uszy zakopana w papierach.– Polski Instytut Sztuki Filmowej dał mi promesę na sto tysięcy złotych, ale postawił też warunek: film powstanie do 12 kwietnia – mówi. – Udało się, resztę dofinansowało miasto Gdynia i gdyńscy sponsorzy. Cały budżet zamknął się w kwocie około 200 tysięcy złotych.Okazuje się, że to co powinno być proste, proste nie jest. Na pytanie, kiedy film będzie można zobaczyć w telewizji, odpowiedzieć się nie da.– Nie wiem – rozkłada ręce Mrozińska. – Prowadziłam rozmowy z TVP i gdy już miało dojść do podpisania umowy, okazało się, że osoby, które ze mną rozmawiały, już tam nie pracują.Wygląda na to, że „Franka” nie będzie jedynym filmem o Franciszce Cegielskiej. Na drugą połowę roku gdański oddział Telewizji Polskiej zaplanował realizację filmu dokumentalnego o nieżyjącej prezydent. – Jesteśmy na razie w fazie kompletowania dokumentacji – mówi Joanna Strzemieczna, dyrektor oddziału TVP w Gdańsku. – Nie wiadomo jeszcze kto zrealizuje film.- Nic nie wiem o ich filmie – mówi Mrozińska. – Dla mnie jednak szokiem było, gdy TVG odmówiła mi udostępnienia materiałów archiwalnych o Franciszce Cegielskiej, na domiar tego, połowa to była moja własna produkcja! Przecież to jest dobro narodowe i każdy za opłatą ma prawo z takich materiałów skorzystać. Utrudniło nam to pracę, bo korzystaliśmy głównie ze zbiorów TVP w Warszawie. Ale te zbiory są skromne.I może dlatego we „France” jest tak mało Franki…

Wciąż jest numerem jeden

Jaka jest Gdynia po Franciszce?- Duch Franki w Gdyni wciąż żyje – mówi Maryla Mrozińska. – Przecież wielu jej dawnych współpracowników, na czele z prezydentem Szczurkiem, rządzi miastem. A duch Franki to duch otwartości na ludzi, dostrzeganie ich potrzeb. Gdynia jest inna od miast ją otaczających, tu polityka nie stoi na pierwszym miejscu, tu panuje duch służby ludziom, bo tego zawsze uczyła Franka.

- Gdynia jest wyhodowana przez Frankę – dodaje Henryka Dobosz. – Nadal nadają jej charakter ludzie, dla których była wzorem. Gdynia po France jest Gdynią Franki, tylko poszła o krok dalej.- A co to znaczy fenomen Franki? – dociekam.Socjolog Janusz Erenc chwilę się zastanawia.

– Znałem ją, stąd moje wahanie, chcę być obiektywny. Ale dobrze … przez lata prowadziliśmy badania dotyczące regionalnej sceny politycznej, czyli mówiąc po ludzku badaliśmy popularność polityków w województwie i wie pani co nam wyszło? Franciszka Cegielska była zawsze numerem jeden. I nie „przeskakiwali” jej nawet ludzie stąd się wywodzący, a robiący karierę w kraju, mówię o Tusku, Płażyńskim… I powiem więcej. Nie obrażając żadnego z obecnych szefów powiatów, gmin i miast, Franka nadal nie na konkurencji, choć trochę czasu od jej śmierci już minęło…

OD AUTORA To dla mnie zaszczyt, że kiedyś poznałam Franciszkę Cegielską, że to Ona do młodej stażystki, jaką wtedy byłam, wyciągnęła rękę i powiedziała: „Franka jestem”. Skromnie odpowiedziałam: „jestem Beata”, a potem nie widziałyśmy się wiele miesięcy. Pewnego dnia zobaczyłam ją na jakiejś plenerowej imprezie. Ukłoniłam się, a ona ogarnęła mnie ramieniem i powiedziała: ”Cześć Beatko, jak cudownie znowu cię tu spotkać”. A ja byłam tylko jedną z mieszkańców 250-tysięcznego miasta. Franka nie znała barier i to chyba jest jeden z powodów, dla którego gdynianie tak ją kochali…

 

Dwie recenzje nowej powieści Pawła Huellego

[3.3.2007]

Nowa powieść gdańskiego pisarza Pawła Huellego pt. „Ostatnia wieczerza”, wydana przez „Znak”, stała się swoistym wydarzeniem literackim. Jednak opinie o książce są bardzo rozbieżne.

Dziennik „Rzeczposplita” w sobotnio-niedzielnym wydaniu z 3-4  marca umieścił tę książkę na pierwszym miejscu listy bestsellerów z okresu od 21 stycznia do 20 lutego, opartej na  wynikach  sprzedaży w sieciach księgarni Empik i Matras oraz na informacjach uzyskanych w wybranych wydawnictwach. Z tej okazji notę o książce  napisał Andrzej Rostocki z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Łódzkiego.

Autor noty uznał ten utwór za powieść wielowątkową i wielowarstwową. Stwierdził, że jej tropy obyczajowe są wprawdzie ciekawe, ale mylące. Uważa, że nie jest to książka o pomyśle nowego namalowania „Ostatniej Wieczerzy”, bo Apostołowie mają na niej twarze gdańskich osobistości. Nie jest to też  powieść o księdzu, który bardzo przypomina znanego gdańskiego kapłana. Konkluzja socjologa jest zdecydowana: „To książka o polskim katolicyzmie, instytucjonalnym i dogmatycznym. Nastawionym na wspólnotowe przeżycie, a w małym stopniu tolerującym indywidualne i czasami samotne poszukiwanie Boga. Czas wrócić do nauk Jezusa – mówi pisarz. Kto go jednak posłucha”.

Tę interpretację zdaje się rozwijać autorka obszerniejszego omówienia książki Huellego w tym samym numerze „Rzeczpospolitej, Elżbieta Sawicka. Pisze ona: „To nie sztuka jednak stanowi główny temat hałaśliwych dyskusji spotykających się w SPATiF bohaterów „Ostatniej wieczerzy”. Jest nim religia. Stosunek współczesnego człowieka do wiary. Pisarz nie daje oczywiście w swojej powieści żadnej ścisłej definicji dzisiejszej polskiej religijności. Pokazuje ją natomiast w wielu migawkowych obrazach. Portretuje jej przejawy – czasem satyrycznie, w krzywym zwierciadle (łasy na pieniądze antysemita Monsignore i jego koszmarni parafianie). W zakończeniu powieści pisarz sięga po wymowny, może nawet aż nazbyt dobitny symbol: oto podczas sesji fotograficznej okazuje się, że pośrodku stołu pomiędzy apostołami zostało puste krzesło. Ktoś pyta „niezbyt głośno”: „A gdzie jest Jezus?”. Na to fundamentalne pytanie brak odpowiedzi. Obrzędowość? Tak, tę wciąż pielęgnujemy – w lepszym czy gorszym stylu. Ale co z wiarą? Huelle nie odpowiada na to pytanie. Ważne jednak, że je stawia”.

Dla kontrastu warto tu zwrócić uwagę na odmienną interpretację książki Huellego w tekście Justyny Sobolewskiej, zamieszczonym w 6 numerze z 8 lutego popularnego ongiś tygodnika „Przekrój”. W artykule pod znamiennym tytułem „Zemsta pisarza” czytamy:

Jednym z bohaterów jest wszak ksiądz Monsignore – nie sposób nie rozpoznać w nim prałata Jankowskiego, z którym nie tak dawno pisarz się procesował. I nie tylko on się tu przemyka: ktokolwiek nadepnął pisarzowi na odcisk niech się boi! Dyrektor Teatru Wybrzeże brzydko, oj brzydko zabawia się w SPATiF-ie. Wszystkie złośliwości i aluzje tej powieści z kluczem odczytają  jednak tylko czytelnicy z Gdańska i okolic. Reszta poczuje się stratna. Bo czy to przyjemnie widzieć aluzję, lecz jej ani w ząb nie rozumieć? Nie- gdańszczanom pozostają liczne spory o idee, pojedynek metafizyków i „awangardyków” o sztukę, migawki z XIX – wiecznej Jerozolimy, z Bośni, rozważania o chrześcijaństwie i islamie, który ma w powieściowym mieście coraz więcej zwolenników. (...)

Nadmiar efektów mści się na tej powieści tak samo, jak pomysł, by napisać jednocześnie doraźny pamflet i poważna rozprawę o ideach i współczesności. Wyszła hybryda. W dodatku z głową księdza Jankowskiego”.

Obie interpretacje wydają się raczej chybione. W książce bowiem trudno znaleźć filozoficzną rozwagę i czyste intencje krytyki zjawisk obyczajowych. (D.G.)

W cnotliwej zatoce

03.30.2007

Trzy cnoty - sumienność, solidność, solidarność - powinny przyświecać Karcie Trójmiasta - pisze ks. Witold Bock, duszpasterz dziennikarzy

Zabolało - tak poczułem, gdy zredagowaną i ogłoszoną w Gdańsku w roku 2000 Kartę Powinności Człowieka polemista nazwał pochwałą macierzyństwa. Mniejsza o moje odczucia. Argument okazał się, przynajmniej dla mnie, nie tyle przykry, co mobilizujący. "Pochwała macierzyństwa" jest angielskim idiomem, ironicznym określeniem stwierdzeń, z którymi nikt nie może się nie zgodzić. Czasami jest tak z powodu siły perswazyjnej argumentów, ale częściej z powodu ich banalności. Któż chciałby krytykować macierzyństwo?

Cykl publikacji na łamach gazety pokazał, że środowisko trzech miast jest drogie wielu ludziom. I to nie tylko tym, którzy uzewnętrznili swoje przekonania. Myślenie, poznawanie ludzi, dialog, a nawet spieranie się z ludźmi, którym o coś chodzi - cenię jeszcze bardziej niż miejsce. Ale połączone ze sobą miejsce i wartości, mogą, choć nie muszą, tworzyć zobowiązanie.

Nie bierzcie przykładu z Kościoła, ale

System metropolitalny istnieje w Kościele powszechnym, co nie oznacza - jak myślało wielu - że struktura prowincji kościelnej jest idealną inspiracją dla myślących o rozwiązaniu problemu mitycznego już biletu. Choć aktualny biskup gdański nosi tytuł metropolity gdańskiego, a metropolia obejmuje diecezje pelplińską i toruńską, to jego kompetencje są typowo honorowe i symboliczne raczej, podobnie jak Prymasa Polski w stosunku do stacji ojca Rydzyka. Nieco bliżej to ilustrując, gdyby umarł biskup pelpliński lub toruński, władzy w naturalny sposób nie przejmuje metropolita metropolii, tylko ciała statutowe każdej diecezji według przepisów prawa kanonicznego. Po przedstawieniu jednemu z moich mocno opierających się rozmówców takiego argumentu, zapytał mnie radykalnie: - To cooo? Ubiegając kolejne cięcia skalpelem po kanonach, powiedziałem mu: - Głównym zadaniem metropolity jest dawanie dobrego przykładu! - Aaaa! - rozmówca skomentował przeciągle. Zmieniliśmy wątek z powodu braku jego zainteresowania tą częścią działalności oficjalnych osób w Kościele i nie tylko.

Przykładem ryzykownego myślenia o trójmiejskiej metropolii jest korzystanie z inspiracji geometrycznych. Idea "złotego trójkąta" jest świetnym materiałem na logo, ale żeby się nie okazało, że to następca trójkąta bermudzkiego, w którym znikną wszystkie dotychczasowe wady poszczególnych ludzi i struktur. I oczywiście dużo bardziej fascynujące będzie to znikanie błędów niż realny namysł. Nie należę do tych, którzy szemrając w gabinetach mówią, że to główny powód powstawania urzędowych galaktyk, jak słynnych "zjednoczeń" w głębokim PRL-u. Nieobojętne jest jednak dla mnie pytanie, kto jest odpowiedzialny za dziesięcioletnią niemożność wprowadzenia trójmiejskiego biletu, choćby w tym kontekście, że 50 lat temu Unia Europejska powstała na bazie zdroworozsądkowego porozumienia handlu węglem i stalą. Temat biletu pojawia się tak często w uroczystych sporach, jak i w prywatnych rozmowach, że trzeba go chyba wpisać do aktu założycielskiego Unii Trójmiasto. Na pewno?

Skoro do tej pory nie było to możliwe, to może warto popatrzeć, jak się to gdzie indziej robi, a w którym z trzech miast komunikacja przypomina dobrze nastawiony zegarek, i chuchać , i troszczyć się , by inni wzięli dobry przykład.

Gwiazdozbiór cnót

Prawdziwą duchowość ukrytą w Kościele poznaje się po tym, że umie nieagresywnie mówić o wadach innych ludzi czy otoczenia, rozróżniając między błędem a błądzącym. Tej samej duchowości należy użyć do rozmowy o wartościach, bo warto, choć nie zawsze się opłaca.

Oby nasza historia okazała się nauczycielką życia, bo zbyt wiele widzieliśmy tu na Wybrzeżu, łącznie z tym, że morska okolica pełna jest "atrakcji" nurkowych w postaci wraków. Liczba ludzi ginących jednocześnie całymi rodzinami w zimnej wodzie Bałtyku budzi przerażenie, choćby w kontraście z legendarną tragedią "Titanica". Mieszkańcy tych okolic od wieków uchodzili za przedsiębiorczych, to znaczy takich, co umieli i chcieli. Ich ambicje nie przeszkadzały osiedlaniu się na Żuławach innym ambitnym i wytrwałym. Choć ten ośrodek nigdy nie słynął z akademickiej myśli i charakterystycznego nastroju miast uniwersyteckich, to praktyczne nastawienie życiowe gdańszczan nie przeszkadzało w dialogu kultur, religii i stylów. Trzy zauważone poniżej cnoty, jak trzy miasta, można spiąć lub traktować mocno oddzielnie. Wszystkie uczą obywatelskiej odpowiedzialności. Wybrałem je całkowicie subiektywnie. Może powinny przyświecać Karcie Trójmiasta.

Sumienność nie przez przypadek ma coś wspólnego z sumieniem. I to na tej podstawie dzieli się uczniów - być może wbrew poprawności - na samouków i nieuków. Te dwie kategorie nie różnią się zapisami w dzienniczkach, tylko świadomością, czyli ostatecznym powodem robienia czegoś jako dobro lub jako zło. Jeżeli jest tak, że nieświadomość lub niedobrowolność powoduje, że grzech nie jest grzechem, to o ileż bardziej dobro chce być dokonywane świadomie. „Wymagajcie od siebie nawet wtedy, gdyby inni od was nie wymagali” - mówił niezapomniany Papież na Westerplatte.

Ależ to trzeba było być szalonym, by wybudować Bazylikę Mariacką. Nie waham się tak mówić, bo człowiek, który planuje coś, wiedząc, że nie dożyje ostatecznej realizacji, jest bohaterem. A pionierzy mają zawsze strzały w plecaku - mówi przysłowie. Słuchając całe lata ludzkich zwierzeń, przekonałem się, że 90 procent pracy ludzkiego sumienia to wybór między ważnym a najważniejszym. Wcale nie między dobrem a złem. Na tej podstawie mówię, że jeśli przynajmniej raz dziennie dokonujesz wyboru między dobrem a złem, to prowadzisz niesłychanie ciekawe życie. Ambicja jest jak gaz w samochodzie, umiarkowanie jak hamulec. Kiedy naciskać właściwy pedał, decyduje właśnie świadomość

Solidność nie daje mi czasami spać po nocach. Dokładniej jej brak. Nie chcę kipieć oburzeniem jak prorok, ale dożyliśmy czasów, kiedy tak wielu ludzi przeszło na stronę niechlujstwa, i to na różnych poziomach, że zwykła punktualność i oddawanie pożyczonych pieniędzy na dzień przed terminem wydaje się cudem. Kilka lat temu zbadano lęki Amerykanów. Na trzech pierwszych pozycjach znalazły się: publiczne wystąpienia, śmierć, utrata pracy. Po pierwsze zadziwia kolejność i pierwszeństwo publicznych prezentacji przed śmiercią. Wiecie Państwo, czego ja się boję naprawdę: niekończących się wystąpień przy okazji różnych okazji, wielomówstwa i baroku, które uwidoczniają przekonanie, że pełniona funkcja, siwe włosy lub zwykły talent oratorski zwalniają z odpowiedzi na pytanie: dlaczego mówię do innych ludzi? Może właśnie brak solidności, co nazywam zwykłym niechlujstwem, powoduje, że coraz rzadziej słyszymy uśmiechnięte dziękuję.

Solidarność stała się powszechną własnością wielu. Tak wielu, że nie wiadomo kogo. Powtarzanie za Janem Pawłem, że „nie ma solidarności bez miłości” wywołuje uroczyste emocje. I dobrze. Może ochronią przed patosem, nie tylko kaznodziejów. Osobiście wolę cytat, że „solidarność to jedni drugich brzemiona noście”. Daje mi więcej szans na niepogubienie się w interpretacjach i wprowadzaniu solidarności w codzienność. Wyznacza choćby granicę, że choć mogę to nie muszę. Uczy, że skoro czegoś nie zakazano mi prawem lub regulaminem, to od razu wolno mi to zrobić. Tym bardziej mnie boli, że kilku „apostołów zacietrzewienia” rodem z Gdańska i okolic zrobiło warszawskie kariery. Zacietrzewienie było jeszcze nie tak dawno uważane za niecnotę ludzi niedojrzałych lub cechę niezrównoważonych. Było okazją do wyrozumiałości przez otoczenie. „Savoir-vivre 2007” pozwala komuś publicznie „dopieprzyć”, kogoś „olać” albo zwyczajnie zaszczuć. I tak ludzie skazani wyrokami straszą innych sądami, a mistrzowie krętactwa żądają solidnej i przejrzystej argumentacji. To są grzechy przeciw solidarności.

Wierzę w solidarność, która otwiera i rozluźnia zaciśnięte pięści. Nosić brzemiona to również dbać o innych. Choćby o to, by bez lęku mogli wypowiedzieć swoje przekonania, bo "granicą wolności słowa jest dobre imię innych".

ks. Witold Bock, duszpasterz dziennikarzy