|
Agnieszka
Nowak
Alchemia dziennikarstwa czyli
zwierzenia adepta
Henryka
Dobosz
Wyjść z okrążenia polityki
|

Agnieszka Nowak
Alchemia dziennikarstwa czyli zwierzenia adepta
[10.8.2007]
Autorka tego tekstu jest
mieszkanką Rumi i korespondentką tygodnika „Angora” w Rzymie. Zgłosiła akces
do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich, Oddział w Gdańsku.
Nieskromnie -
chociaż zgodnie z prawdą - powiem, że pierwsze dziennikarskie szlify przyszło
mi zdobywać w Rzymie.
Kiedy wreszcie
dzięki długotrwałym staraniom i nieśmiałym uśmiechom losu znalazłam się na
liście przyjętych na podyplomowe studia wokalne w rzymskim Konserwatorium,
ogarnęła mnie euforyczna radość. Tym pełniejsza, że pośród kilkunastu
Włochów, Koreańczyków, Rosjanek byłam jedyną Polką. Zabrzmi patetycznie, ale
miałam poczucie misji, której chciałam podołać możliwie najlepiej, z
godnością i dumą reprezentując swój kraj, przecierając i oswajając szlak
wokalistom operowym, którzy zechcą w przyszłości pójść tą drogą.
Rzym dla turysty to przede
wszystkim wielowątkowa lekcja historii, skarbnica architektury, mariaż
kultury i sztuki. Ja miałam spędzić w tym mieście trzy lata, ba – przeżyć w
nim, przetrwać, cokolwiek by to znaczyło. A znaczyło – zmierzyć się z jego
niebotyczną drożyzną, paraliżującymi ruch korkami, częstymi strajkami,
opieszałą biurokracją i gorącym klimatem.
Uczyłam się
Rzymu, coraz bardziej uwikłana w meandry wielkiego miasta. Czułam, że nie
wolno mi tego czasu zaprzepaścić i że klisza fotograficzna nie wystarczy, aby
zapamiętać wszystko. To słowo drukowane ma tę szczególną moc zaklinania teraźniejszości
może nie w wieczność, ale w trwanie.
Z tym przekonaniem trafiłam do
miesięcznika „Muzyka21”, a potem do tygodnika „Angora”.
Pierwszą praktyczną szkołą
warsztatu były dla mnie konferencje organizowane przez Annę Dalponte w Operze
Rzymskiej, z udziałem uznanych włoskich dziennikarzy zajmujących się tematyką
kultury np. w dziennikach La Repubblica, Il corriere della sera oraz
specjalistycznych magazynach GdM i Cultura e Libri. Przyglądałam się ich
pracy i sukcesom, popartym najczęściej wieloletnim doświadczeniem. We
Włoszech opera to temat popularny na równi z polityką, w Polsce raczej
marginalny. Być może wynika to z faktu, że do dzisiaj na światowych afiszach
królują dzieła włoskich kompozytorów: Belliniego, Verdiego i Pucciniego.
Moją reporterską
osobowość na pewno kształtowały liczne w Wiecznym Mieście wydarzenia
artystyczne: wystawy mistrzów światowego malarstwa i rzeźby, które miałam
przyjemność obejrzeć oraz spotkania z twórcami kultury. Wywiady z nimi
rozwinęły we mnie zdolność odróżniania rzeczy ważnych od mniej znaczących i –
mam nadzieję - wyciągania konstruktywnych wniosków dla mojej generacji.
W
szczególnej pamięci zachowałam rzymską rozmowę z Ryszardem Kapuścińskim,
globtroterem, człowiekiem wielkiej skromności i pokory.
W pracy
korespondenta garściami czerpałam z bogatych zbiorów rzymskich bibliotek i
unikatowych ofert antykwariatów. Na bazie tak zdobytej wiedzy powstał m.in.
wieloodcinkowy cykl o życiu i twórczości Giacomo Pucciniego. Uważam, że o
wielkich - nigdy za wiele.
Korespondencja
dla tygodnika „Angora” koncentruje się na bieżących wydarzeniach społecznych
i politycznych. Reporter musi być blisko życia, w oku cyklonu, w nerwie
wydarzeń. Wymaga to pewnej dyspozycyjności i kondycji fizycznej (np. Ewę
Minge „złapałam” na godzinę przed odlotem z Rzymu, na rozmowę z tenorem
czekałam w upale kilka godzin, przysłuchując się próbie do spektaklu, na
wywiad ze skrzypkiem z powodu strajków zamiast 7 godzin jechałam 2 dni).
Zawsze stawiam na rzetelność informacji i
widzenie rzeczy takimi, jakimi są. Bez upiększeń, koloryzowania i tandetnego
wizjonerstwa. Tu, w „Angorze”, w parze z rzetelnością informacji musi iść
szybkość dotarcia do jej źródła.
Nierzadko
przypada mi w udziale tłumaczenie prasy włoskiej, komentującej aktualne
wydarzenia społeczno-polityczne w Polsce.
Czy mam poczucie
misji dziennikarskiej? Odpowiem tak: mam potrzebę uświadamiania ludziom, co
się wokół nich dzieje; informowania ich o sprawach, które wstrząsają światem,
niegodnych człowieczeństwa, które bezpardonowo obnażają zło i pokręcenie tego
świata - tak jak mam nieodpartą, niepohamowaną wręcz potrzebę pisania o
sprawach pięknych, szlachetnych, wzruszających i ponadczasowych.
Odczuwam przymus pisania,
radość pisania i niesłabnącą we mnie ciekawość zjawisk, ludzi i rzeczy – co,
myślę, czyni mnie wolnym wyrobnikiem słowa. Chcę brnąć w to głębiej, lepiej,
bardziej. Dlatego moim pragnieniem jest wstąpić do Stowarzyszenia
Dziennikarzy Polskich, którego cele statutowe są mi ideologicznie bliskie.
Byłoby dla mnie osobistym sukcesem przyczynić się w jakimś stopniu do ich
realizacji. Poza tym legitymacja członkowska ułatwiłaby mi dotarcie do osób i
miejsc, trudniej dostępnych dla dziennikarza niezrzeszonego.
Z wyrazami
szacunku,
Agnieszka
Nowak
_______________________________

Henryka Dobosz
Wyjść z okrążenia polityki
[1.7.2007]
Jak to było miło
Zgodnie lub niezgodnie z linią
Przypływy energii i fale zniechęcenia
Wolność i nowy kryzys
SDP – być albo nie być
Komplikacje z sumieniem
Co zatem podpowiada nam instynkt
samozachowawczy?
Portret współczesnego
dziennikarza
W jaki sposób się wzmocnić?
Biografie ze skazą
Młoda zdolna gdańska dziennikarka
chciała ze mną zrobić wywiad jako ze starszą dziennikarką i jednym z
najstarszych stażem członków naszego Oddziału Stowarzyszenia Dziennikarzy
Polskich – na temat aktualnej kondycji zawodu dziennikarza. Wywiad niezbyt
się udał, bo nie bardzo wiem, jaka jest ta kondycja. Musiałam jednak z tej
okazji to i owo przemyśleć, a także wiele rzeczy przywołać z przeszłości, z
„tamtych” czasów.
Żurnalizm – jak mawiał pewien
radziecki dziennikarz – wtaraja driewniejszaja profiesja, druga
najstarsza profesja świata – sugerując, ze jesteśmy po prostu zawodem, który
świadczy usługi każdemu, kto płaci i nie ma co rozdzierać szat, tak było,
jest i będzie. Ale ja nigdy nie chciałam się z takim ujęciem pogodzić. I
nasza reprezentacja – Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich – też wyrastało z
innych założeń i innej tradycji. I mimo różnych uwikłań i potknięć starało
się nie stracić z pola widzenia swojego sztandaru, którym jest misja i
godność dziennikarza.
Często pada ostatnio pytanie:
kto to dzisiaj jest dziennikarz, gdy jest tyle rozmaitych zawodów, które się
podpinają pod dziennikarstwo. Kiedy zaczynałam pracę – to było ponad 40 lat
temu - było mniej więcej jasne, że dziennikarz to dziennikarz, że jego
podstawową rolą jest informowanie o rzeczywistości społecznej i ewentualnie
komentowanie, pomaganie w zrozumieniu jej. Tego się trzymajmy, bo ta
podstawowa rola się chyba nie zmieniła. Zmieniły się natomiast radykalnie
okoliczności wykonywania tego zawodu, wzrosło jego społeczne znaczenie, ranga
polityczna. Ale nie ranga moralna, to nie chodzi w parze...
Tak to widzę. Może dlatego,
że dla mnie ciekawsze jest takie dziennikarstwo, które szuka prawdy niż
to, które szuka racji. Prawda wyłania się przeważnie, gdy się pozna różne
racje. Wtedy sprawa się, niestety, komplikuje, trzeba jej poświęcić więcej
czasu. Teraz jest tendencja odwrotna: nie komplikować, bo czas to pieniądz. I
obraz mógłby być nie tak czarno-biały, a gazeta, w której pracujemy, lubi
proste sytuacje, dajmy na to prostsze z politycznego punktu widzenia. Bo może
czytelnik to lubi, on też nie ma czasu, żeby dzielić włos na czworo, a jak
nie, to polubi. Dlatego na przykład reportaż krajowy, który w latach 60. i
70. był polskim specialite de la maison, teraz się już tak nie rozwija. Nie
ma nastroju. Ale czy na pewno nie ma też zapotrzebowania? Tego nie wiem. Bo
skąd to ogólnie złe zdanie o dziennikarzach, przy jednocześnie powszechnej
świadomości, że media to dziś potęga?
Jak to było miło
Sięgnę do własnych doświadczeń z
przeszłości. W tzw. minionym okresie, od połowy lat 60-tych do 1989 roku,
pracowałam jako etatowy dziennikarz w pięciu redakcjach: „Gazecie
Zielonogórskiej” (krótko, niecałe dwa lata), „Nadodrzu” (dwutygodnik
społeczno-kulturalny, prawie dziesięć lat) i po przyjeździe do Gdańska od
1975 roku w „Głosie Wybrzeża”, „Tygodniku Kulturalnym”, wreszcie w 1981 roku
w tygodniku „Samorządność” pod redakcją Lecha Bądkowskiego (do likwidacji
pisma w stanie wojennym). Zajmowałam się głównie reportażem - z ambicją, żeby
to był reportaż o charakterze literackim, metaforycznym - wypowiadając się
też w innych formach, jak wywiad i publicystyka kulturalna.
W tamtym czasie reportaż decydował
o ciężarze gatunkowym gazety czy czasopisma, bo w nim doczytywano się prawdy.
Był to taki – w miarę możliwości, do pewnej granicy (tą była cenzura) –
rzetelny opis pośredni ówczesnej rzeczywistości, swoją rolę grała tu forma.
Reportażyści zażywali więc sławy i chwały oraz – co bardzo ważne – pewnej
niezależności w redakcjach, nawet w lokalnych gazetach partyjnych. Dlatego
było wtedy tak wielu wybitnych reportażystów, na czele z Kapuścińskim i
Krall, ale mogłabym też wymienić co najmniej kilkanaście innych świetnych
nazwisk. To były osoby z dużym osobistym autorytetem w środowisku
dziennikarskim, nasze punkty odniesienia, pierwsza liga.
Dla mnie kimś takim była przez
jakiś czas laureatka licznych nagród w ogólnopolskich konkursach na reportaż,
utalentowana i powszechnie ceniona dziennikarka ze starszego ode mnie o
kilkanaście lat pokolenia. Pamiętam swoje głębokie rozczarowanie, gdy w 1968
roku zgłosiła się dobrowolnie (czy też przyjęła propozycję nie do
odrzucenia?) i wzięła udział jako korespondent wojenny w inwazji wojsk Układu
Warszawskiego na Czechosłowację. Także czytelnicy uważali, że zawiodła pokładane
w niej nadzieje, że ich zdradziła, pisali o tym w listach do redakcji, jeden
z nich, znany zielonogórski lekarz, odesłał w dużej kopercie poprzekreślane
czerwonym flamastrem wycinki jej reportaży, które sobie widać wycinał przez
dłuższy czas.
Takiego ciężaru gatunkowego dziś
dziennikarze nie mają, żeby się czytelnik czy widz aż tak rozczarował.
Zgodnie
lub niezgodnie z linią
Teraz postrzegana jest zresztą
wyraźniej linia gazety niż autor tekstu w tej gazecie. Nie znaczy to, że w
tamtych czasach fakt przynależności do tej czy innej redakcji nie miał
znaczenia. Do niektórych czasopism szanujący się dziennikarze oczywiście nie
pisali (było na przykład takie czasopismo w okresie po-Marcowym, które się
nazywało „Rzeczywistość”, patronowała mu frakcja partyjna o nachyleniu
komunistyczno-nacjonalistycznym, tzw. moczarowcy, były też inne źle
postrzegane pisma). Jednak gazety, zwłaszcza organy partyjne, które uważało
się za największe i najpoważniejsze forum, ale nawet i popołudniówki, miały w
gruncie rzeczy tę samą linię, ponieważ miały jednego i tego samego
właściciela – RSW Prasa, czytaj: KC PZPR i ten sam bicz nad głową – cenzurę.
W tej sytuacji lepiej się rzucał w oczy sam dziennikarz.
Pomijając nawet nazwiska ludzi instytucji takich, jak Kisiel, czy w Gdańsku
Bądkowski, którzy wnosili reformatorskie idee i można by ich dziś śmiało
nazwać legalną opozycją, czy krąg autorów wspomnianej już przeze mnie fali
świetnego polskiego reportażu, która też spełniała dość wyjątkową rolę – mam
wrażenie, że i dziennikarze w przeciętnej redakcji byli bardziej
„zindywidualizowani”, a przez to bardziej szanowani. Zwłaszcza ci, których
teksty wprowadzały jakiś ferment i czasem robiły kłopot władzy powiatowej, a
nawet centralnej. A przede wszystkim duży kłopot redaktorowi naczelnemu.
Redaktor naczelny mimo to takiego dziennikarza dość cenił i jeśli mógł, to
nawet chronił.
Rola szefa redakcji w tamtych
latach to jednak oddzielny temat i nie chcę się nim szerzej zajmować, bo to różnie
wyglądało. Ich możliwości przecież były ograniczone. Łatwiej mieli naczelni
pism niszowych, literackich czy społeczno-kulturalnych, ja w takim pracowałam
prawie dziesięć lat. Mój szef w „Nadodrzu”, późniejszy sekretarz redakcji
„Literatury”, miał czasem przykrości i chodził do Komitetu Wojewódzkiego PZPR
się tłumaczyć, pertraktował z nimi na zasadzie: krok do przodu, pół kroku w
tył i znowu krok do przodu, parę razy był już na wylocie, ale się na
stanowisku utrzymał. Już nie żyje, dobrze go wspominam: jako mądrego i
przyzwoitego człowieka swojej epoki.
Potem w „Głosie Wybrzeża” było gorzej. Bo „organ partyjny” i Gdańsk, jeszcze
żywa była trauma Grudnia 1970 roku, trafiłam tu w drugiej połowie lat
70-tych, chwilę przed wydarzeniami w Radomiu i Ursusie. Na zebraniach
redakcyjnych i partyjnych, obowiązkowo z udziałem przedstawiciela KW, często
nawet wysokiego szczebla, wyczuwało się nerwowość władzy i napięcie przed
burzą. Od 1964 roku byłam członkiem Partii i pamiętam , że wiele z tego, co udawało
się nam napisać, zależało od klimatu, jaki wsączał się do naszej pracy z tego
forum. Należałam do tych , którzy lubili się wyrywać, pytać, „drążyć”,
ale na jednym z zebrań, bodajże w 1977 roku, pomyślałam, że to chyba już nie
ma sensu. Być może inni pomyśleli podobnie, bo nie było żadnej dyskusji,
martwa cisza.
Przypływy energii i fale zniechęcenia
Pod koniec lat 70-tych nasze środowisko ogarniała kolejna fala zniechęcenia.
Dla wielu z nas był to przypływ większej samoświadomości. Czułam się tym
bardzo osobiście rozbita. Nie wiem, w jakim stopniu ten stan ducha był
udziałem innych, ale przypuszczam, ze podobnie czuło się wielu dziennikarzy
mojego pokolenia. Ten zawód trudno jest uprawiać bez przekonania.
Na początku 1978 roku odrzucono
mi w całości, nie kierując go w ogóle do druku, cykl reportaży o życiu w
pegeerach, nad którym pracowałam ze dwa miesiące. Cztery odcinki. Znów bez
dyskusji. Obraz tych pegeerów był tak ponury, że wnioski nasuwały się
jedne: tego się już nie da zreformować. Wszystko, co tam zobaczyłam i
opisałam, było wprzęgnięte w rydwan fałszywej rzeczywistości. Naczelny,
człowiek inteligentny i przenikliwy, rozumiał to lepiej ode mnie, ale nie
chciał o tym rozmawiać. Uważał, że to przekracza nasze kompetencje, a poza
tym nie ma klimatu.
Bardzo dużo w naszym
ówczesnym życiu redakcyjnym zależało od momentu. Dla tych, którzy upierali
się traktować ten zawód jak misję – najwięcej. W ten właściwy moment
się należało wstrzelić, żeby coś istotnego powiedzieć, nie pospieszyć się
zbytnio i zwłaszcza nie spóźnić, bo za parę miesięcy, a czasem za kilka
tygodni, znów się zatykało.
Taką niemiłą niespodziankę
przeżyliśmy oboje z Edkiem Szczesiakiem w związku z wygraniem konkursu
„Polityki” na reportaż pt. „Robotnicy lat 70-tych”. On dostał I nagrodę, ja –
wówczas pracowałam w Zielonej Górze” – II z kimś exequo, było dość dużo
nagród i wyróżnień, bo po wydarzeniach 1970 roku i nastaniu epoki Gierka
dziennikarze byli znowu pełni energii, nadesłano wielką ilość tekstów.
Regulamin poza gratyfikacją finansową gwarantował wydrukowanie reportaży w
„Polityce”, a potem w zbiorowej publikacji książkowej. No i pieniądze
dostaliśmy, a nagrodzonych tekstów nie wydrukowano, nie ukazała się też
książka. Klimat polityczny tak szybko się zmienił, że „Polityka” nie mogła
dotrzymać zobowiązań. To już nie była pogoda dla eksperymentów. Tak to
funkcjonowało.
Wolność i nowy kryzys
O prawdziwej wolności
słowa nie umieliśmy nawet marzyć. Tak mi się z dzisiejszej perspektywy
wydaje. To nie była tylko kwestia cenzury zewnętrznej. Może nawet nie
wiedzieliśmy, jak to powinno wyglądać. Dlatego godziliśmy się na prawdy
ograniczone i wolności cząstkowe. Nauczyliśmy się operować opisem i
metaforą. Nasze teksty były przeważnie dość długie, żeby się czytelnik sam
doczytał. I czasem czuliśmy się usatysfakcjonowani i ważni. Pomagało nam w
tym Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich., którego pozycja i autorytet aż do
1982 roku miały dla nas duże znaczenie.
Czy były wówczas proste
sytuacje i podziały w środowisku dziennikarskim? Moim zdaniem - z
niewielkimi wyjątkami nie, przeważnie nie.
Dziś wszystko jest o
wiele prostsze, może nawet za proste. Dziennikarz przypisany do jakiejś
gazety, wyznaje jej linię. Nie podoba mu się albo nie chcą mu drukować,
próbuje w konkurencji. To jest oczywiście założenie intelektualne,
wzorzec idealny.
Młoda dziennikarka i jeszcze
młodszy dziennikarz, którego dobrze znam od 1990 roku, gdy był
obiecującym adeptem w „Gazecie Gdańskiej”, mówią mi to samo: że nie czują się
w swoim zawodzie spełnieni i szczęśliwi i że nie można się czuć wolnym
dziennikarzem w wolnych mediach. W praktyce na prowincji konkurencja w prasie
bywa pozorna, wydawcy robią z dziennikarzami, co chcą, a telewizja i radio
publiczne są – czego się wcale nie tai - łupem politycznym, więc tu już w
ogóle nie ma pola manewru.
Także moi starsi koledzy, którzy
pozostali w prasie na statusie „etatowych”, wydają się napięci i spanikowani
(pomijając już fakt, ze niezbyt dobrze opłacani) i co dziwne w naszym
zawodzie odliczają miesiące do emerytury. Byle jakoś dotrwać... Dobry
dziennikarz łatwo dziś traci pracę i nie ma co liczyć na pomoc. No bo skoro
jest wolny rynek...Można go szybko zastąpić kimś młodszym z łapanki – to nic,
że nie zna faktów sprzed dwudziestu lat i słabo kojarzy, o co chodziło w tej
Solidarności, przecież go wtedy na świecie nie było, ani nie używa języka
literackiego, teraz go już zresztą mało kto używa, zdobył wykształcenie
zawodowe w jednej z tych prywatnych szybkich szkół o specjalności: marketing
polityczny media i public relation, to się go przyuczy, a nie będzie sprawiał
kłopotu i będzie tańszy.
Takie podejście wydawców i
redaktorów naczelnych burzy solidarność zespołu redakcyjnego i w
większości tytułów ta wartość, jaką bywał kiedyś zespół redakcyjny,
już raczej nie funkcjonuje. Co oczywiście osłabia pozycję każdego z
dziennikarzy.
SDP – być albo nie być
To jest ta nowa i jeszcze chyba nie
do końca przez nas rozpoznana sytuacja, gdy dziennikarza, który wyrwał się z
łap cenzury prewencyjnej, uchwyciła za gardło niewidzialna, ale żelazna ręka
rynku . I okazuje się, że dla dziennikarza nie ma szczęścia na
tej ziemi.
A co na to SDP?
Tu przechodzę do sedna sprawy,
która mi leży na sercu, czyli aktualnej pozycji i miejsca naszej organizacji.
W przeszłości, mimo wszelkich
ograniczeń , dobiła się ona jednak takiego autorytetu, ze mogła mieć
realny wpływ na los dziennikarza. W nowych warunkach to się skończyło.
SDP nie broni dziś dziennikarzy
w uzależniających i niewygodnych dla nich sytuacjach. Ani przed
wydawcą, ani przed władzą polityczną. Dlaczego? Bo w kapitalistyczno-
demokratycznym morzu nowych czasów nie umie pływać, brakuje mu techniki,
stało się nagle bezradne i mało skuteczne, a w związku z tym coraz to
bardziej apatyczne. A wszechogarniający szum medialny sprawia, ze znalazło
się też w kryzysie ideowym. Nie bardzo wie, co ma robić, co może i jakie ma
być. Jakby utraciło grunt pod nogami i orientację co do kierunku swojej nowej
tożsamości. Tym, co je trzyma przy życiu, jest tradycja i dawny prestiż.
Zetknęłam się wielokrotnie z
hamletycznym pytaniem o sens istnienia takiej organizacji. Dla mnie
kłopotliwym z powodów osobistych, bo do SDP należę nieprzerwanie od ponad 40
lat, nawet w stanie wojennym. To człowieka wiąże uczuciowo i ciągle mi
się wydaje, że należy zrobić wszystko, aby ten okręt flagowy
polskiego dziennikarstwa jednak nie zatonął ani nie został przeznaczony na
złom. Dla dobra naszego środowiska i pożytku publicznego. To by chyba
wymagało jednak jego gruntownej i odważnej modernizacji, a na ile to
jest możliwe, nie wiem.
Komplikacje z sumieniem
Kłopoty zaczynają się zaś już na
tym bardzo podstawowym poziomie, które nazwijmy sumieniem dziennikarskim..
W minionym okresie dziennikarze byli
podporządkowani Partii i – nie oszukujmy się – rzadko mogli czy nawet chcieli
się wychylać, ale – o, kolejny paradoksie – większość lubiła, żeby ci,
których wybierano do rozmaitych struktur kierowniczych Stowarzyszenia, jednak
się wychylali, żeby ono było takim ich sumieniem. I SDP poza innymi rolami
(edukacyjna, bytowa, mediacyjna, reprezentacyjna et cetera) pełniła i tę
rolę.
Dziś też usiłuje, ale bez
dobrych rezultatów, skoro wystąpienia i opinie władz centralnych w
sprawach publicznych zamiast integrować nasze i tak już bardzo podzielone
środowisko, wywołują wprawdzie u jednych aprobatę, ale u innych krytykę i
rozgoryczenie.
Przykłady najgłośniejsze z
niedalekiej przeszłości są powszechnie znane: potępienie przez Zarząd Główny
SDP młodych dziennikarzy TVN, którzy nagrali negocjacje polityków PiS z
Renatą Beger, wchodząc w zmowę z posłanką Samoobrony (dla mnie osobiście np.
ta deklaracja ZG SDP była błędem, ale kilku moich bliskich kolegów z Oddziału
Gdańskiego uważało zupełnie inaczej) , potępienie przez Radę Etyki Mediów
nadmiernego rozdmuchiwania przez dziennikarzy tematu seksafer w środowisku
polityków (nie podzielam tej opinii), obrona Bronisława Wildsteina po
opublikowaniu przez niego wyniesionej nielegalnie z IPN nie zweryfikowanej
przez nikogo listy kilkuset tysięcy nazwisk prawdziwych lub domniemanych
współpracowników SB, co spowodowało falę poszerzonej i niekontrolowanej
lustracji na forum mediów (jestem przeciw poszerzonej i niekontrolowanej
lustracji, uważam, że poprzednia wersja, lansowana i realizowana do czasu
przez prof. Kieresa była dobra , a Wildstein był tym, który otworzył puszkę
Pandory, w tej sprawie jestem w gdańskim środowisku w mniejszości,
większość twierdzi, że to coś oczyści).
Jak widzimy, są to sprawy ciężkiego
kalibru, o których by się nam w minionym okresie nawet nie śniło pisać.
Co więcej, wszystkie te rewelacje
dziennikarskie, a potem także proklamacje Stowarzyszenia mają swoja silną
dominantę polityczną, która niweczy ich jednoznaczność moralną. Czy
dochodzenie prawdy o Lechu Wałęsie jako ewentualnym agencie „Bolku”, uważane
za jedne gazety za słuszne i sprawiedliwe, a przez inne za niesprawiedliwe i
naganne, jest więc rzeczą moralną i pożyteczną?
I czy SDP jest w stanie to
ocenić?
SDP czyli kto? Zarząd Główny? Zarządy
Oddziałów?
Na poszerzonym posiedzeniu naszego
Oddziału, poświeconym omówieniu tych spraw, byliśmy tak podzieleni w
opiniach, że nie byliśmy w stanie zająć wspólnego stanowiska.
Współczesność, zdominowana przez
politykę i pasje polityczne dziennikarzy, które zdominowały wszelkie inne
pasje, w tym pasję dochodzenia prawdy głębszej niż polityczna, tej,
która podpowiada człowiekowi sumienie, Ewangelia czy kantowski instynkt
moralny - to wszystko powoduje, że rzeczywistość, w której się usiłuje
poruszać SDP, jest po prostu za trudna do sklasyfikowania.
Co zatem podpowiada nam instynkt samozachowawczy?
Powinniśmy się chyba samoograniczyć. I szukać tych płaszczyzn, które mogą
dziennikarzy łączyć ponad podziałami politycznymi. Unikać niepotrzebnych
spektakularnych gestów. W okresie PRL, gdy zdarzały się takie odważne
wystąpienia, na przykład na Walnych Zjazdach SDP – uważałam je za
chwalebny dowód niezależności, teraz przeciwnie, wydaje mi się, że to jest
droga do uzależnienia naszej organizacji od polityków i że trzeba z tym
być ostrożnym. Chciałabym, żeby SDP stało się dla naszego środowiska
takim apolitycznym zawodowym Trybunałem Konstytucyjnym.
Wolałabym też, żeby nasze
Stowarzyszenie pozbyło się motywacji kombatanckiej. Dawne krzywdy, utrata
pracy i możliwości rozwoju w stanie wojennym, tego nie można rozpamiętywać w
nieskończoność. Zwłaszcza, że dotyczy to naszej wąskiej już grupy zawodowo
czynnych profesjonalnych dziennikarzy sześćdziesięciolatków. (Młodsi, którzy
w czasie strajku biegali po stoczni lub pod stocznią jako początkujący
opozycjoniści, jakoś wyszli na swoje, wielu z nich zresztą zamieniło ten
zawód na kariery stricte polityczne). Zajmijmy się krzywdami i zmartwieniami,
które dotykają środowisko dziennikarskie dzisiaj. Może wtedy młode pokolenie
dziennikarskie przestanie się odżegnywać od SDP i znajdzie w nim oparcie oraz
źródło inspiracji.
Portret współczesnego dziennikarza
Młoda zdolna dziennikarka, która
jednak tkwi w oku cyklonu już od wielu lat i przeżyła wiele stresów,
charakteryzuje sytuację w tutejszych gazetach precyzyjnie i dosadnie.
Z mojej perspektywy
patrząc – mówi - niejako od wewnątrz, nasze środowisko teraz wygląda
tak: z jednej strony mamy młode wilki z wielkim parciem na szkło. Nie piszą i
nie mówią poprawnie po polsku, bo to nie jest najważniejsze, nie znają
podstawowych faktów, bo kogo obchodzi prehistoria sprzed 10 lat. Mają za to
przekonanie, że wszystko im wolno. I, co ciekawe, bardzo często mają pełne
błogosławieństwo swoich przełożonych. A z drugiej strony mamy ludzi jakby
tęskniących za przeszłością, za dziennikarskim profesjonalizmem. Którzy
chcieliby mieć satysfakcję z uprawiania tego zawodu i którym jednak nie
odpowiada ten agresywny krzykliwy styl: telewidzowie patrzcie na mnie, ja
jestem najlepszy! Taki trend. Jeśli nie jesteś agresywny, to cię nie ma.
Ten styl – zgadzam się z nią w
zupełności - bywa rzeczywiście odpychający. Zwłaszcza, że czasem agresja i
nonszalancja służą zaciemnianiu sedna sprawy.
Kontynuuje z goryczą: - Nasz zawód
się zmienia. Pojawiły się tabloidy, których celem nie jest wcale
informacja, lecz dezinformacja, pojawiły się nowe formy, a te tradycyjne,
wymagające czasu, staranności, sprawdzania, są stosunkowo mało popularne.
Poczucie odpowiedzialności przestało być cenione i szczególnie przydatne.
Jeśli dla jakiejś garstki czytelników dziennikarze pozostali autorytetami, to
obawiam się, że za chwilę ta garstka tez przestanie im ufać. Tylko że w tej
sytuacji pojawia się dość szybko zmęczenie. Po prostu. Dziennikarzom się nie
chce. Przychodzą do redakcji jak do biura, robią, co muszą i uciekają. A może
to już nie jest misja? Może dziennikarz to po prostu rzemieślnik świadczący
usługi, zawód jak każdy inny.
Niektórzy uważają, że trzeba się
temu poddać, a dziennikarze myślący o czymś więcej muszą przejść do półki:
pisarz, albo zmienić zawód. Jeśli dziennikarze chcą się pozbyć tego poczucia,
że to jest powołanie, dość wyjątkowa rola i staną się rzecznikami prasowymi
różnych instytucji czy grup interesów, to SDP trzeba rozwiązać jako relikt
przeszłości. Albo przekształcić w cech rzemieślniczy o ograniczonych, ale
jednak wyraźnych kompetencjach i uprawnieniach. Szewc czy taksówkarz, który
przystępuje do cechu, ma z tego korzyść. Cech stawia też zrzeszonym w nim
pewne konkretne wymagania. Może tędy droga?
To już nie jest ta atmosfera w
dziennikarstwie, jest tak szybkie tempo, tak dużo pracy, że dochodzenie
prawdy często musi zejść na drugi plan. Ale to chyba oczywiste, że i w
„wyrobach dziennikarskich” nie można tolerować podstawowej fuszerki. Może
więc SDP i Rada Etyki Mediów powinny się zająć solidnością w naszym
rzemiośle. Skromnie i konkretnie . Zastanawiam się – cytuję nadal młodą
dziennikarkę - nad pozycją tej Rady. Ogłasza ona, ze
największe grzechy dziennikarzy to manipulacja faktami i tzw. podkręcanie
informacji, czyli np. program Szymona Hołowni „Po prostu pytam” w TVP1 na
temat leczenia bezpłodności, w którym autor jako zdecydowany przeciwnik
zapłodnienia in vitro pozwalał sobie na ironiczne uwagi na temat kliniki,
gdzie takie zabiegi się przeprowadza, albo news w „Fakcie” o tym, ze
mieszkańcy Bracholina chłepcą wodę z jeziora, bo to niemal czysty spirytus.
Rada się wypowiedziała, wskazała winnych i co? Cisza.
W jaki sposób się wzmocnić?
Ciała
opiniotwórcze powinny jednak nadal istnieć. I trzeba zabiegać o odbudowanie
ich znaczenia. Opinie Rady mogłyby mieć nawet przełożenie na możliwość
odebrania licencji gazecie, która notorycznie mija się z faktami, jak gazeta
„Fakt” I równolegle inne pierwszoplanowe zadanie dla Stowarzyszenia –
częściowo już realizowane, ale mało skutecznie i niekonsekwentnie -
nagłaśniać i wyjaśniać wszystkie przypadki szykanowania dziennikarzy przez
wydawców, redaktorów naczelnych, poniżania ich, zniewalania oraz utrudniania
im pracy i życia.
Kilka miesięcy temu miałyśmy
z red. Marią Mrozińską do czynienia z poważną szykaną ze strony dyrektora
Oddziału Gdańskiego TVP - w telewizji publicznej, której zbiory archiwalne są
dobrem kultury narodowej, jak książki w bibliotekach publicznych,
kategorycznie odmówiono nam możliwości skorzystania, za opłatą, z
archiwaliów, dotyczących zmarłej prezydent Gdyni Franciszki Cegielskiej dla
filmu dokumentalnego o niej. Z wyraźnie złą wolą i niezrozumiałym uporem.
Zrobił się mały skandal. Lecz bez konsekwencji. Władze centralne
Telewizji Polskiej, do których skierowałyśmy skargę, zachowały się tak,
jak to bywało w dawnych czasach, odesłały po prostu sprawę
w dół, do dyrekcji Telewizji Gdańskiej, na którą była skarga. I tyle.
Zarząd Główny Stowarzyszenia nas w porę nie wsparł, podobno nie mógł. Film
powstał mimo tych przeszkód, co nie zwalnia SDP od konsekwentnego wyjaśnienia
tej sprawy i zajęcia stanowiska wobec dostępności archiwaliów jawnych,
wyprodukowanych przez media publiczne, dla dziennikarzy i twórców
kultury. Uważam to za zadanie nie mniej ważne jak walka o dostępność do
akt tajnych.
Biografie ze skazą
Żona znanego gdańskiego pisarza, z
zawodu nauczycielka, twierdzi, że nie może już oglądać ani czytać kolejnych
doniesień prasowych o tym, że ktoś coś tam kiedyś podpisał albo nieostrożnie
powiedział i w związku z tym był tajnym współpracownikiem i powinien się
przyznać, nawet jeśli on myśli, że nie był . Nie może tego znieść, bo bierze
to do siebie, a raczej do swojego pokolenia. Sama na szczęście niczego w
życiu nie podpisywała i nawet jej nie proponowano, bo jaki nauczyciel mógł
wtedy wyjechać na Zachód, a jej mężowi, choć jeździł tylko do Związku
Radzieckiego, SB ciągle deptała po piętach, ponieważ publikował teksty
w „Tygodniku Powszechnym” i „Znaku”. Często – mówi - jednak czujemy się
ze Zbyszkiem tak, jakbyśmy byli napiętnowani, gorsi, a to co wtedy robiliśmy
i czym żyliśmy, było bezwartościowe i nieważne. Zastanowiły mnie
głęboko jej słowa, bo ja czasem też się tak czuję.
Należę do pokolenia dziennikarzy,
które ma biografie ze skazą. Grzech pierworodny, a raczej cała lista
grzechów, która obejmuje naiwność, niewiedzę, przynależność do partii (z
przekonania, że w partii więcej można wskórać albo z umiarkowanego
oportunizmu), wreszcie w przypadku niektórych, a może nawet wielu, drobne
koncesje, niezobowiązujące ich zdaniem do niczego zobowiązania czy kontakty,
których trudno było w ich sytuacji zawodowej uniknąć, lecz czasem trudno też
było przerwać. .Argument, że nie musiało się przecież być dziennikarzem, nie
broni się. A może się musiało. Jeśli się miało talent, pasję, nadzieję, ze
coś od nas zależy i pomagamy świat zmieniać. Casus Ryszarda Kapuścińskiego,
naszego mistrza i przyjaciela. Najwybitniejszego reprezentanta naszego
zawodu. Odrzucam ubeckie kryterium oceny jego osoby, jak i całego
naszego pokolenia.
W tym miejscu chcę powtórzyć
wyraźnie to, co już napisałam wcześniej na marginesie, ze jestem w zasadzie
przeciwna powszechnej i publicznej lustracji dziennikarzy, podobnie zresztą
jak powszechnej lustracji księży i wszystkich innych zawodów..
Zapytano mnie, czy się w
razie czego sama zlustruję. W razie czego tak, gdyby komuś przyszło do głowy
powierzyć mi jakieś szczególnie odpowiedzialne stanowisko państwowe , ale na
to się nie zanosi.
Jeśli chodzi natomiast o
Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, które uważam jednak za
organizację ważną,. chciałabym mieć nadzieję, że zwróci się w przyszłość i
stanie się prawdziwą obrończynią i rzeczniczką nowego pokolenia dziennikarzy
i naszych starych ideałów. I ze w najbliższych latach znajdzie sposób i
odwagę, żeby to zrobić.
Może ktoś powiedzieć, że odrzucam
cały kontekst polityczny. Tak. Uważam, że pierwszy krok, to teraz wyrwać
się z okrążenia polityki.
Henryka Dobosz
Publicystka. Reportażystka. Od 1975
roku mieszka w Gdańsku.
Uczestniczka Strajku w Stoczni
Gdańskiej w Sierpniu 1980 roku, sygnatariuszka deklaracji dziennikarzy
polskich. W 1981 roku do 13 grudnia członek redakcji tygodnika Regionu
Gdańskiego Solidarności „Samorządność” pod kierunkiem Lecha Bądkowskiego. W
stanie wojennym współpracowała z prasą podziemną i katolicką. Należała do
grupy dziennikarzy skupionych wokół Lecha Wałęsy. Od roku 1989.
współtworzyła „Tygodnik Gdański”, a następnie „Gazetę Gdańską”. Od połowy lat
90. współpracuje z Telewizją Polską. Autorka telewizyjnych filmów
dokumentalnych.
Członek Stowarzyszenia Dziennikarzy
Polskich od 1964 roku, laureatka nagród SDP. W tej kadencji pełni funkcję wiceprezesa
Oddziału Gdańskiego Stowarzyszenia.
____________________________________________
|